Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Domy pogrzebowe towarzyszące w żałobie
Śmierć po swojemu

Żałoba to amalgamat skomplikowanych emocji.
Żałoba to amalgamat skomplikowanych emocji. | Foto: Pexels

W ciągu ostatnich lat w dużych miastach w Niemczech powstało wiele zakładów pogrzebowych, które odchodzą od tradycyjnych pochówków na rzecz spersonalizowanego pogrzebu. Pomysłom na osobistą ceremonię i nowemu trendowi funeralnemu przygląda się Karolina Sulej.

Pojemnik na prochy otulony jest filcowym materiałem. Pojemnik na prochy otulony jest filcowym materiałem. | @ Steffen Kawelke –  Zamknij oczy i wyciągnij ręce.

Conny wkłada mi w dłonie rzecz o kształcie wazonu, który obleczony jest w miękki, filcowy kubraczek. Odruchowo przyciskam go do piersi. Filc pod palcami jest przyjemny jak dotyk sierści. Otwieram oczy i widzę jak Conny przygląda mi się z zadowoleniem.

– Wszyscy przytulają moje urny.

Oglądam, teraz już uważnie, pomarańczowy, przyjemny przedmiot na moich kolanach. Nie jest to przerażający rekwizyt z teatru śmierci. Budzi czułość i kojarzy mi się z przytulnością. Ta urna jest gemütlich.

Filcowy materiał otula walcowaty pojemnik na prochy. Dowiaduję się, że materiał jest biodegradowalny, bo w dzisiejszych czasach krematoria coraz rzadziej pozwalają sobie na nieekologiczne tworzywa. Wełniana tkanina nie jest zszyta w żadnym miejscu, to jeden kawałek, który na górze wywija się na boki jak płatki kwiatu. Urna od Conny Weber to ozdobny projekt, który z powodzeniem mógłby znaleźć się w galerii sztuki.

Tym szczególnym rodzajem rzemieślnictwa Conny zajęła się kilka lat temu. Jest grafikiem komputerowym. Od dłuższego czasu czuła, że zbyt wiele uwagi poświęca dotykaniu tabletów, klawiatury. Na jednych z targów dizajnu zobaczyła naczynia wykonane z filcu. Zawsze miała do niego słabość. Taki plastyczny, miękki, organiczny, jednocześnie jest płótnem i rzeźbą. Dziadek Conny rzeźbił w kamieniu, ojciec w drewnie, a ona poczuła, że chce robić coś z filcu. Nie miała jednak pomysłu i odwagi. Natchnienie przyszło razem z traumą, kiedy zmarł ojciec Conny. Do trumny włożyła mu samodzielnie wyszyte czerwone filcowe serce. Kiedy, już po kremacji, trzymała w dłoniach urnę z jego prochami, nie mogła przestać myśleć, że ojciec nie zasługuje na zamknięcie w tak nijakim, pospolitym przedmiocie. Do wyrobu urn Conny używa najwyższej jakości wełny merino. Do wyrobu urn Conny używa najwyższej jakości wełny merino. | @ Steffen Kawelke

– Kupowanie urny z katalogu jest jak kupowanie filiżanki w Tchibo. Tandeta, rzecz z taśmy, jedna podobna do drugiej.

Dla ojca już było za późno, ale postanowiła, że postara się, aby zmienić coś dla innych. I tak tęsknoty artystyczne i doświadczenie żałoby stworzyły nową pasję Conny – projektowanie i wykonywanie filcowych urn. Współpracuje z zakładami pogrzebowymi, ale klienci najczęściej sami znajdują ją przez internet. Czuje się artystką, a nie przedsiębiorcą.

Urny Conny to nie towar luksusowy. Koszt egzemplarza oscyluje na poziomie cen rzemiosła biżuteryjnego – to kilkaset złotych. Conny śmieje się, że również wytwórstwo wokół pogrzebów zaczyna zmieniać się pod wpływem ruchu slow ogarniającego styl życia. Teraz styl żałoby również ma być slow.

Opowiada, że jeszcze do niedawna niemieccy przedsiębiorcy jeździli specjalnie do Polski, żeby zaoszczędzić na materiałach. Naliczali też ogromne prowizje za sprzedawane produkty. Rynek był zaśmiecony produktami ze sztucznych materiałów; kiczem. Teraz to się zmienia. Zmiana w estetyce pogrzebów to zdaniem Conny nie tylko zmiana dekoracji, ale także kwestia ekonomii. Jest mniej walki o zysk, a więcej sztuki, humanizmu. Młode pokolenie osób, które decydują się na pracę w branży funeralnej coraz częściej widzi w sobie doradców, a nie sprzedawców.

Siedzimy w salonie domu Conny niedaleko parku Tempelhof. Ta część Berlina przypomina wioskę w mieście. Z okna widzę kaskady róż w ogrodzie i spokojną uliczkę. W pełnym książek pokoju, pomiędzy globusami męża dziennikarza stoją urny-eksponaty. Kolorowe, monochromatyczne, we wzory.

Conny tłumaczy, że zanim prochy znajdą się w ziemi czy w sarkofagu, mija zaledwie kilka dni. Czasem godzin. Nierzadko bliski ma urnę w ręku jedynie przez chwilę. Dlatego tak ważne jest, aby zostawiła po sobie możliwie jak najbardziej osobiste, intymne wrażenie. To przecież pojemnik na ukochanego człowieka.

Niektórzy z klientów chcą wybrać urnę na swoje prochy własnoręcznie i na wszelki wypadek. Niektórzy chcą się na nią po prostu napatrzeć wcześniej. Można w niej trzymać testament. Albo kwiaty. Albo biżuterię. Dobrze wygląda na regale. Teraz na przykład Conny realizuje zamówienie klientki, która, chcąc się przygotować na śmierć, zamawia urnę w kolorze czerwonym, bo najbardziej lubi siedzieć na czerwonej ławce w swoim ogrodzie. I jeszcze lubi kropki. Tak więc urna jest w kropki.

Conny ma na swojej stronie internetowej zdjęcia urn w typowych kolorach – niebieskie, białe, szare, w kolorze wełny, farbowane do połowy, beżowe, pastelowe – ale często realizuje też szczególne, niepowtarzalne zamówienia. Ostatnio pracowała na przykład dla kobiety, która za życia najbardziej lubiła nosić swój różowy sweter, więc urna dla niej także jest różowa.

Do wyrobu urn używa najwyższej jakości wełny merino. Metodą prób i błędów nauczyła się filcować akurat tyle wełny, żeby po skurczeniu się włókien pasowało idealnie do opakowania urny. Pracuje przy szerokim stole, gdzie podczas naszej rozmowy piętrzy się wełna w różnych kolorach. Urna od Conny Weber to ozdobny projekt, który mógłby znaleźć się w galerii sztuki. Urna od Conny Weber to ozdobny projekt, który mógłby znaleźć się w galerii sztuki. | @ Steffen Kawelke

–  Podoba mi się praca nad filcem, bo nie masz nad nim do końca kontroli. Metafora sama robi się w rękach.

W atelier znajduje się też nieznany mi przedmiot. Przypomina nieco łapacz snów. Na grubej gałęzi wiszą luźno długie sploty czerwonej wełny. Jest ich kilkanaście. Na niektórych są supełki, wyżej i niżej na niciach, na niektórych nie. Jeden niebieski.

– To mój ołtarz. Każdy splot to życie mojego bliskiego. Supełek to jego śmierć. Od tego zawiązanego najwyżej, 17-letniego chłopca, do tego najniżej, czyli 98-letniej sąsiadki. Ten niebieski jest mój.

Conny ma też własną urnę. Zrobiła ją z wełny owiec z regionu Lüneburger Heide, niedaleko Hanoweru. Ich futro jest mocno skręcone i szare, wełna w dotyku chropawa, przywodząca na myśl ludzkie włosy. Nie będzie farbować ich na żaden kolor.

– Nie smuci cię czasem taka praca? – dopytuję.

– A dlaczego? – dziwi się Conny – śmierć jest częścią życia. Jeśli ktoś sądzi inaczej, to dobrze by było, żeby zrozumiał życie.

Jan Möllers mógłby podpisać się pod tym zdaniem. Jest jednym z tych, których Conny określiła jako przedsiębiorców pogrzebowych nowej generacji. Żeby z nim porozmawiać, idę długim spacerem z okolic Templehofu przez Schöneberg aż do stacji Friedenau. To sąsiednie dzielnice Berlina, które łączy spokój, względni dostatek i rodzaj mieszczańskości, o którą w tym mieście nie tak łatwo. Zapatrzona na piękne modernistyczne fasady kamienic z początku omijam wzrokiem jego zakład pogrzebowy memento Bestattungen. Łatwo go przeoczyć – znajduje się między przedszkolem, kancelarią, butikiem odzieżowym i ozdobnymi klatkami schodowymi. Brak tu charakterystycznych dla branży pogrzebowej barw czy krojów czcionek, nie ma szyldu i wymownych rekwizytów w oknie. Gdybym nie miała adresu, pomyślałabym, że to perfumeria albo spa. Przed czystą, szeroką witryną niewielki ogródek i drzewa. Nazwa przybytku ukrywa się dyskretnie, z boku, niczym nazwisko na domofonie. Przez szybę witryny widać gałąź drzewa, na sznurkach wiszą świeże i suszone kwiaty. Otwarte na oścież drzwi mieszczą w sobie widok pluszowej kanapy, stołu, na którym pali się świeczka, stylowe krzesła na tle pomalowanej na zielono ściany. Elegancki minimalizm.

– Estetyczne otoczenie, ładne przedmioty uśmierzają ból. To naukowo udowodnione – Jan uśmiecha się na powitanie.

Ma na sobie zielony polar, który miękko zlewa się z tłem pomieszczenia, dżinsy i skarpetki z logo Supermana. Z wykształcenia jest antropologiem. Odkąd pamięta, fascynują go rytuały przejścia, momenty bycia „pomiędzy”. Lubi powtarzać, za Arnoldem van Gennepem, że „są zawsze nowe progi do przekroczenia”. Rytuały zaś – czyli wydarzenia oparte na pewnych scenariuszach, kostiumach, rekwizytach – mają nam pomagać w przekraczaniu i rozumieniu tych życiowych progów. Według Jana, w naszej kulturze, tak indywidualistycznej, wiele z tych progów jest obudowanych bardzo osobistymi rytuałami. Wiele z nich – ale nie czas żałoby. Tutaj wciąż najczęściej poddajemy się tradycji, uniwersalnym wzorom. Zdaniem Jana to między innymi dlatego, że boimy się albo nie umiemy włączyć śmierci w naszą codzienność, stworzyć o niej własnej opowieści. On chce w tym pomagać. Tłumaczy, że żałoba, czas między śmiercią a pogrzebem, to moment, gdy człowiek kończy pewien etap, ale nie umie jeszcze zacząć następnego i jest wyjątkowo podatny na zagubienie. Odpowiednie rytuały mogą go przez ten trudny czas przeprowadzić; i przewodnicy tych rytuałów.

– Nie, nie przewodnicy. Towarzysze – poprawia mnie od razu.
Zespół memento Bestattungen: Danny Klein, Andrea Regulin, Cass Yousef, Jan Möllers i Leo Ritz. Zespół memento Bestattungen: Danny Klein, Andrea Regulin, Cass Yousef, Jan Möllers i Leo Ritz. | @ memento Bestattungen „Towarzyszenie w żałobie” – tak właśnie nazywa się praca Jana i jego zespołu. Każdy przypadek straty to konieczność opracowania nowego, szczególnego rytuału, który Jan tworzy wspólnie z klientem. Czy może raczej – potrzebującym. Czy może raczej – człowiekiem w kryzysie żałoby. Trudno znaleźć odpowiednie słowo określające taką osobę. Zresztą podobnie jest z „towarzyszeniem w żałobie”. Polskie tłumaczenie nie oddaje pojęciu sprawiedliwości.

Anja Franczak, pierwsza polska certyfikowana „towarzyszka w żałobie”, która szkoliła się u Jana, wyjaśnia mi, że w języku polskim owo „towarzyszenie” ludzie wyobrażają sobie tak: oto ktoś klepie cię po ramieniu albo przytula, kiedy ty płaczesz. Tymczasem po niemiecku to jest bardziej „doradzanie w żałobie”. Pracujesz z kimś, kto ma wiedzę, żeby cię dokształcić w tym, przez co przechodzisz, ale bez pouczania, oceniania. Nie jest to jednak terapeuta, który chce doprowadzić do jakiejś zmiany. Nie jest to wreszcie opiekun, który się troszczy o słabszego, patrzy z góry. Towarzysz zakłada, że masz siłę, masz zasoby, tylko trzeba ci pokazać, gdzie one są, jak do nich dotrzeć.

Anja Franczak, pierwsza polska certyfikowana „towarzyszka w żałobie” Anja Franczak, pierwsza polska certyfikowana „towarzyszka w żałobie” | @ Justyna Jaworska – Najbardziej chyba czuję powinowactwo z położną – śmieje się Jan.

Memento to jeden z tak zwanych alternatywnych zakładów pogrzebowych, które powstały w większych miastach w Niemczech w ciągu kilku ostatnich lat. Wszystkie one odchodzą od tradycyjnych, konwencjonalnych pochówków z ustalonymi rekwizytami i scenografiami oraz sztafażem religijnym na rzecz pogrzebu jako ceremonii intymnej, osobistej. Chcą odebrać pochówek i żałobę regułom religii, kapitalizmowi i przywrócić mu humanistyczny wymiar, ludzką miarę.

Kiedy jednak używam sformułowania „alternatywne domy pogrzebowe”, Jan się krzywi i mówi, że ani nie są kapelą rockową i nie zasługują na takie określenie, ani nie jest tak, że ich pogrzeby zawsze muszą się różnić od tradycyjnych pochówków. Najważniejszy jest wybór – umierającego czy jego rodziny. Jeśli chcą chować zmarłego zgodnie z chrześcijańskimi praktykami – proszę bardzo. Pogrzeb ma być po prostu adekwatny. Niedawno zmarł ojczym Jana, który był osobą raczej stateczną, więc z rodziną pochowali go w obrządku protestanckim, z tradycyjnymi hymnami, aż pani pastor dziwiła się, że „tego to by się po Janie nie spodziewała”.

– Dlatego zamiast „alternatywny”, wolę sformułowanie „zorientowany na proces żałoby”.

W praktyce oznacza to, że najważniejsze jest to, co przeżywają ludzie – rzeczy mają im tylko w tym pomagać. Na przykład kiedyś zwróciła się do Jana rodzina, w której część bliskich chciała wspólnie malować trumnę dla zmarłego, a część domagała się tradycyjnej, eleganckiej trumny. Nie chcieli się jednak ze sobą skłócić. Dopóty Jan mediował, dopóki nie porozumieli się, że w takim razie pomalują elegancką trumnę od wewnątrz. Proces się odbył, rekwizyt go tylko umożliwił.

Jan czuje, że towarzyszenie w żałobie, praca przy pogrzebach to jego misja. Zrozumiał to, kiedy badał działalność zakładów pogrzebowych jeszcze jako antropolog. Nagle poczuł, że nie chce już patrzeć, zapisywać, opisywać, lecz chce uczestniczyć. W zakładzie pogrzebowym poczuł się jak w domu. Tłumaczy mi, że nie chodzi o to, że znajduje w tym przyjemność, ale na pewno znajduje sens. Czuje się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

– Może to się w Polsce nie spodoba, ale muszę ci powiedzieć, że urodziłem się jako dziewczynka.

Jeszcze jako kobieta Jan studiował i stawiał pierwsze kroki w zakładach pogrzebowych. Zdaniem Jana, jego doświadczenie tranzycji to skarbiec wiedzy o tym, czym jest rytuał przejścia. Spędził wiele czasu „pomiędzy” i rozumie tę przestrzeń, rozumie zagubienie, lęk, utratę poczucia tożsamości. Chce się dzielić tą wiedzą.

Ale nie tylko doświadczenie z płcią sprawiło, że Jan zainteresował się trudnym czasem okalającym śmierć. Od dziecka uwielbiał bawić się na cmentarzach. Jego ojciec był z zawodu organistą, często podróżowali z koncertami po niemieckich wsiach i miasteczkach. Ojciec nie mógł ominąć żadnego kościoła bez wypróbowania tamtejszego instrumentu. Dziecko się wtedy nudziło. Jego podwórkiem były przykościelne cmentarze. Groby nie budziły w nim grozy.

Ale do wyboru zawodowej drogi doprowadziły go także ból i złość. Ojciec Jana zmarł, kiedy ten miał jedenaście lat. Pamięta, że było to straszne przeżycie, ale równie straszne wydawało mu się to, że nie wiedział, co się stało dalej z ojcem. Umarł na łóżku, po czym nagle jacyś ludzie go z tego łóżka zabrali, dokądś zawieźli, zamknęli w pudełku. Dzieci nie mogły w tym uczestniczyć, nawet tego oglądać. Czuł się kompletnie zrozpaczony i bezradny.

Gniew na system, antropologiczna ciekawość i indywidualna wrażliwość sprawiły, że na studiach zaczął pisać pracę magisterką właśnie o tym, jak współcześnie wygląda podejście do pochówku. Zastanawiał się, jak można go uczynić bardziej dostępnym i przystępnym, także finansowo. Pracę obronił i pozostał w branży jako uczeń a przyszły pracownik. Podkreśla, że miał szczęście, bo uczył się już u przedsiębiorcy innego niż ci z pokolenia grzebiącego jego ojca. Z naukowca zmieniał się w praktyka. Po latach zdobywania wiedzy jako szeregowy pracownik, a potem również jako szef, postanowił otworzyć własną działalność.

Memento to dziś nie tylko zakład pogrzebowy, ale też dom kultury. Albo raczej dom animacji kultury funeralnej. W zespole żartują, że jedynym ukłonem w stronę ”starego systemu” jest nazwa ich zakładu. „Mementów” jest przecież mnóstwo. Myśleli na początku o nazwach typu „Dzieci przejścia”, „Śluza”, ale ostatecznie wygrało to, co jest bezpretensjonalne i dobrze się wymawia, bo przecież wymawiają to słowo wielokrotnie.

Nie tylko doradzają poszczególnym osobom, ale też nagrywają filmy edukacyjne, prowadzą szkolenia, współpracują z całą „chmurą” artystów podobnych do Conny Weber. Wartości pracy kolektywnej są dla nich bardzo ważne. Jan podkreśla, że zapragnął założyć własne miejsce także dlatego, nie chciał już dłużej pracować w korporacyjnych hierarchiach.

W jego zakładzie nie ma szefa. Każdy ma te same kompetencje, dostęp do konta. Każdy też zajmuje się poszczególnymi przypadkami od a do z, każdy ma prawo weta, a wszystkie koszty są transparentne. Trumna, usługi administracyjne, kwiaty, muzyka, czegokolwiek potrzeba, ma swoje osobne miejsce w tabeli wycen.
Jan ze współpracownickami w Berlinie na manifestacji na rzecz zmiany myślenia o żałobie. Jan ze współpracownickami w Berlinie na manifestacji na rzecz zmiany myślenia o żałobie. | @ Raphael Schanz Choć koszt całego procesu towarzyszenia to 1225 euro, to dla tych, których nie stać na taką usługę, obowiązuje system zniżek, rat bez odsetek. Zdarzają się też przypadki rozwiązań pro publico bono. Każda pozycja z tabelki może się też stać osobnym zamówieniem. Memento nie bierze również prowizji od zamawianych przez klienta usług i przedmiotów powiązanych. Płacisz tylko za czas, który ci poświęcają.

A czas jest zaś potrzebny, bo żałoba to amalgamat skomplikowanych emocji. Żeby wytłumaczyć mi, jak wyglądają kolejne etapy i części składowe żałoby, Jan przynosi materiały edukacyjne, z których korzysta przy szkoleniach. Jan wierzy w namacalność, a ja czuje się trochę jak w przedszkolu. Na stoliku układa kolejne kartki-puzzle z nazwami odcieni żałoby.

Oto one:

Przetrwanie – czyli trwanie na poziomie praktycznym: czy po śmierci bliskiego mam gdzie spać? Co jeść? Czy nie choruję z rozpaczy?

Realność – uświadomienie sobie nieodwracalności śmierci. W takim uziemnieniu pomaga kontakt z ciałem zmarłego, ubieranie go. Jan pamięta, jak bliscy ubrali jedną ze zmarłych w sukienkę do tańca i wełniane skarpety. Kobieta nigdy nie nosiła ich w takim zestawie, ale były to jej ulubione części garderoby.

Uczucia – to nie tylko smutek. Czasem złość, czasem poczucie winy, czasem obojętność. Jan podkreśla też, jak wielkie znaczenie ma płeć w przeżywaniu uczuć. Mężczyznom trudniej przychodzi rozpoznawanie i nazywanie emocji, są kulturowo zniechęcani do wchodzenia w żałobę.

Przystosowanie się – to radzenie sobie z odkryciem na nowo swej roli w świecie, postrzeganie w nim swojego miejsca  i zmiana rutyny.

Pozostawanie w kontakcie – żegnanie zmarłego nie oznacza żegnania pamięci o nim – tłumaczy Jan i podaje przykład. – Siostra zrobiła całej rodzinie na Boże Narodzenie łapacze snów. Włożyli ojczymowi jeden z nich do trumny. Kiedy patrzą na swoje łapacze w domach, myślą o ojczymie i o tym, że razem z nim spoczywa podobna rzecz.

Klasyfikacja – umiejętność znalezienia na nowo sensu w życiu, opowiedzenia sobie swojej historii zawierającej już stratę, jej wewnętrzne uporządkowanie.

Działania w tych obszarach są tym ważniejsze, im bardziej nagła była śmierć. Do domu pogrzebowego zwracają się często ci, którzy utracili bliskich w dramatycznych okolicznościach. Z reguły stanowią 1% wszystkich zmarłych, ale w zakładzie jest to aż 20% takich przypadków i wielu z nich to ludzie w wieku młodszym niż średnia umieralności. Bliscy takich zmarłych przychodzą do Jana i jego współpracowników, bo czują, że oferta ogólnodostępna nie pokryje ich bólu.

Mogłoby się wydawać, że lata pracy go znieczuliły, ale Jan nadal odczuwa lęk przed śmiercią. Twierdzi jednak, że praca tak blisko umierania złagodzi wewnętrzny niepokój, wbrew dzisiejszej kulturze sugerującej, że najlepszym antidotum na lęk przed śmiercią jest wyparcie przemijania.

– Czy zatem na śmierć można się przygotować? – pytam.

Jan daje mi na to swoją ulubioną odpowiedź – i tak, i nie. Można – bo można zaplanować pogrzeb, spisać testament, rozdać rzeczy osobiste, szczególnie w warunkach nieuleczalnej choroby. Ale zarazem też nie można. Przytacza historię o odchodzeniu swojej babci. Była już w bardzo zaawansowanym wieku i pewnego dnia po prostu obwieściła rodzinie, że za tydzień umrze. Przestała jeść i pić. Towarzyszył jej w szpitalu, śpiewał jej ulubione piosenki. Opuścił szpital tylko na chwilę, aby załatwić sprawy. I wtedy dostał telefon, że to już. Mimo że był na to przygotowany, kompletnie się nie spodziewał. Przecież babcia była od zawsze.

Tak mało wiemy, niewiele rozumiemy. Dlatego najważniejsze, co można zrobić dla kogoś, kto stracił bliskiego, to go wysłuchać. Dać herbaty i kawy oraz prawdziwą uważność. I kiedy tak siedzę na kanapie u Jana, patrzę na palące się świeczki, rzeczywiście czuję się spokojniejsza, jak w ogrodzie zen.

Okrąg w logo memento, który od razu kojarzy się z filozofią zen, nie powstał jednak z takiej inspiracji. Jest nawiązaniem do zielonego wisiorka, który Jan dostał od ojca. To nie jest też okrąg – to wiele linii, które nigdy się nie połączą, ale niestrudzenie biegną po kole. Jan lubi to niedomknięcie.

Lubi też ciszę i spokojny tryb dnia. Dlatego nie chciał otworzyć swojego zakładu na gwarnym Prenzlauerbergu czy w innej modnej dzielnicy. Schöneberg to też dawna dzielnica tradycyjnie gejowska, więc bliska Janowi, który nie czuje się swojsko w heteronormatywnych narracjach. W ogrodzie przy domu powiewa tęczowa flaga.

Jan tłumaczy mi, że indywidualistyczne pochówki to tradycja, która narodziła się tutaj także dzięki społeczności LGBTQIA. Epidemia AIDS zdziesiątkowała całą tę wspólnotę. Coming outy ukazały wielką odwagę gejów w manifestowaniu swojej tożsamości. Buntowali się wobec życia w ukryciu, zbuntowali się również wobec śmierci w ukryciu. Zaczęli kolejne pogrzeby okraszać swoimi dekoracjami, mowami, piosenkami.

– Jedna z osób zażyczyła sobie różową trumnę. To był słynny przypadek, krematoria odmawiały jej spalenia. Ale dopięła swego.

Na Schönebergu jest cmentarz, na którym znajdują się dziś pomnik i grób tych, którzy stracili życie w zarazie. Zamiast krzyża na zwieńczeniu grobu zawisła czerwona wstążka.

Wracam z Berlina do Warszawy. W mojej głowie rodzi się pytanie, które natychmiast zadaję Anji Franczak. Pracuje właśnie nad projektem Instytutu Dobrej Śmierci, centrum edukacyjnego, które mogłoby zmieniać nastawienie do śmieci w Polsce, tak jak memento w Niemczech.  

– Jakie są twoim zdaniem najważniejsze różnice w myśleniu o żałobie w Polsce i w Niemczech?

Odpowiada mi słowami, które mógłby wypowiedzieć zarówno Jan, jak i Conny.

– Są trzy poziomy. W pewnym sensie, jako ludzie, wszyscy jesteśmy podobni. Potem jest poziom kulturowy, narodowy, który nas odróżnia. I jest poziom trzeci, indywidualny. Towarzysz w żałobie pracuje przede wszystkim na pierwszym i trzecim poziomie. Pokazuje, że wspólnota może nam pomóc pozostać sobą. Jest więc wiele różnic między Niemcami a Polakami, ale ze śmiercią mierzymy się tak samo.