Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Marek Sztark
Animator musi lawirować

Marek Sztark
Marek Sztark | Foto (fragment) © Tomasz Tołłoczko

Rozmowa z Markiem Sztarkiem – jednym z najbardziej doświadczonych animatorów kultury w Polsce, współzałożycielem Forum Kraków, współtwórcą idei nieKongresu Animatorów Kultury. 

Artur Celiński: Na początek chciałem ci zadać bardzo zuchwałe pytanie i liczę na bardzo zuchwałą odpowiedź: czy jesteś najlepszym animatorem kultury w Polsce?
 
Marek Sztark: Najlepszym?
 
AC: Tak. Jesteś?
 
MS: Według jakich kryteriów? Jak to oceniać?
 
AC: Opowiedz mi o tym. Kiedy animator kultury staje się coraz lepszy? Do czego dąży?
 
MS: Nie, nie. Ja myślę, że nie można wmawiać animatorom, że w jakikolwiek sposób konkurują ze sobą o miano tego najlepszego.
 
AC: To opowiedz mi o konkurowaniu z samym sobą.
 
MS: Istotą działania animatorów jest niehierarchizowanie, niestawianie się powyżej albo poniżej kogoś. Animator to osoba, która musi mieć zdolność do myślenia typu meta. Musi wznieść się ponad i widzieć pewnego rodzaju zasady i procesy. Umieć je rozpoznawać i jednocześnie działać zawsze krok z tyłu. Musi pozostawać w cieniu. Bo inaczej nie jest animatorem – tylko staje się liderem albo menadżerem.
 
AC: A tego można się nauczyć? Czy to jest tak, że po prostu rodzisz się animatorem kultury?
 
MS: Trzeba mieć predyspozycje. Tak jak z byciem artystą. Artysta nie musi być z tyłu. Artysta chce być z przodu, wystawiać się na widok, angażować ludzi, wchodzić z nimi w relacje. Ale wówczas nie jest animatorem. Jest artystą. Ja rozumiem taką postawę i często wśród animatorów widzę taką chęć do ulokowania się w tym środowisku. Potrzebę ciągłego definiowania się i odpowiadania na pytania, kim tak naprawdę jestem? Czy jestem artystą, który kreuje rzeczywistość i na swój metaforyczny, artystyczny sposób tę rzeczywistość przedstawia? Czy jednak jestem kimś, kto pozwala robić to innym ludziom, a sam zostaje lekko w cieniu.
 
AC: Ale czy tego pozostawania w cieniu, a jednocześnie inspirowania innych można się nauczyć? Od czego zacząć?
 
MS: Wydaje mi się, że zanim zdefiniujemy się jako animatorzy kultury, musimy zdefiniować się być może jako eksperci albo specjaliści. Chociażby studiując czy zagłębiając wiedzę na temat kultury, antropologii, historii sztuki, wszelkich nauk społecznych.
 
AC: A nie można pójść na skróty – wymyślić projekt i powiedzieć – zapraszam Was do udziału w tym działaniu?
 
MS: Jeżeli pominiemy to wszystko, jeżeli nie będziemy obserwować, studiować zagłębiać się i próbować zrozumieć otaczający nas świat, nie będziemy mogli generować procesów w sposób świadomy. Nie będziemy też czuli odpowiedzialności za to, co robimy albo ta odpowiedzialność nie będzie dla nas istotna. Będziemy robili wiele rzeczy po omacku. Najpierw musimy być filologami, literaturoznawcami, kulturoznawcami, etnologiami, socjologami i tak dalej. Dopiero potem możemy stać się animatorami.
 
AC: A kiedy można poczuć, że się jest gotowym go tego, by stać się animatorem kultury?
 
MS: Nie ma takiego momentu. Animatorzy uprawiają animację będąc często w asyście. Obserwując procesy, uczestnicząc w projektach, organizując wydarzenia. Powoli stajemy się animatorami, gdy sprawdzamy na własnym doświadczeniu, jak procesy, które inicjujemy, zaczynają żyć swoim własnym życiem. Uczymy się tych wszystkich zasad i procesów bardzo powoli – poprzez uczestnictwo, poprzez angażowanie się. Ale czy jesteśmy już prawdziwymi animatorami – to już każdy musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.
 
AC: Ta świadomość meta może jednak nie przystawać do realnego życia, w którym poszukując zasobów umożliwiających realizowanie działań animacyjnych – na przykład pieniędzy – nagle wpada się w tryb projektowy. A wraz z nim w rzeczywistość pisania wniosków, podpisywania umów, rozliczania działań, sprawozdawczości i tak dalej. Jak ta strona rzeczywistości wpływ na pracę animatora?
 
MS: No najczęściej jest źródłem frustracji. Rzeczywistość projektowa, konieczność opisania działań wiążę się z tym, że trzeba właścicielowi środków, o które się staramy, przedstawić jakąś ideę, cele i rezultaty, które chcemy osiągnąć. Animator musi niestety lawirować pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami.
 
AC: A jak ty sobie z tym radzisz?
 
MS: Przede wszystkim opieram swoje myślenie na temat projektu czy przedsięwzięcia na wiedzy. Jeżeli ja takiej wiedzy nie posiadam, to muszę sięgnąć po wiedzę innych ludzi lub przeprowadzić coś w rodzaju badania, diagnozy. Tylko wtedy uda mi się postawić – jako autor projektu – najważniejsze tezy, które będą mi towarzyszyły w działaniach. Te tezy nie mogą być wyssane z palca. Musisz je oprzeć na konkretnych przesłankach. Im bardziej będą one autentyczne, tym większe będzie prawdopodobieństwo, że projekt skończy się powodzeniem.
 
AC: I dzięki temu jesteś w stanie opisać także efekty, rezultaty i wskaźniki powodzenia swojego działania?
 
MS: Musimy tak planować przedsięwzięcia animacyjne, żeby dać sobie prawo do zbaczania z drogi. Żeby otworzyć i pozostawić otwarte furtki. Przewidzieć rozstaje dróg, do których dotrzemy. I wiedzieć, kiedy nastąpi ten trudny moment podejmowania decyzji, w którą stronę pójdziemy. Jeśli zdajesz sobie z tego sprawę, to łatwiej będzie formułować zarówno opis, harmonogram, jak i kosztorys swoich działań.
 
AC: Nie boisz się sytuacji, w której te pootwierane furtki i wpisane w projekt prawo do zbaczania sprawią, że ktoś, kto będzie czytał twój wniosek nagle nabierze przekonania, że ty po prostu nie wiesz, co chcesz zrobić? I po prostu ci nie zaufają.
 
MS: Wielokrotnie oceniałem różnego wnioski i wyczuwam czasami w opisach takie nieszczere intencje.
 
AC: Po czym je poznajesz?
 
MS: To jakby próba zakłamania rzeczywistości. Poznaję ją najczęściej po tym, że między wierszami jest ukryty partykularny interes wnioskodawcy. Z opisu przebija na przykład potrzeba samorozwoju i eksperymentowania, która jest ponad potrzebami lokalnej społeczności. Gdyby wnioskodawca napisał uczciwie, że jednym z celów jest eksperyment i próba sprawdzenia, czy jego metoda jest skuteczna, to uwierzę. Jeśli natomiast to nie będzie tak opisane, ale raczej zakamuflowane, to będę oceniał taki wniosek odwrotnie.
 
AC: Często ci się zdarzyło, że napisałeś wniosek, który z twojej perspektywy był uczciwy i szczery, a ktoś inny odczytał go odwrotnie?
 
MS: Wielokrotnie.
 
AC: Dlaczego tak się stało? Można tego uniknąć?
 
MS: To jest pytanie do grantodawców. Czy oni na pewno rozumieją, do kogo kierują swój program i kto ma ten program realizować? Czy rozmawiają z grupą potencjalnych beneficjentów tym samym językiem? Jeżeli będzie inaczej, jeżeli będą mówić różnymi językami, to nie będzie możliwe porozumienie, a intencje się rozminą. Każdy program grantowy ma jakiś cel – to rolą grantodawcy jest tak go zdefiniować i stworzyć taki regulamin, by móc ten cel osiągnąć. Jeżeli on nie będzie autentyczny, to i wnioskujący będą uciekać się do ekwilibrystyk słownych.
 
AC: A co w sytuacji, gdy chcesz włączyć w swoje działania np. prywatnego sponsora. Zwłaszcza takiego, który jest spoza świata kultury i animacji. Wiesz dobrze, że jego język jest inny. Na co zwracasz uwagę w takich sytuacjach?
 
MS: Też na autentyczność. Opowiem Ci jeden przypadek. W gminie Szydłowiec organizowałem koncert marimbistów na terenie kamieniołomu. Chciałem tym sposobem zwrócić uwagę na kamieniołomy jako istotne elementy krajobrazu kulturowego, które są zamknięte i niedostępne. Zgłosiłem się do lokalnego przedsiębiorcy, jednego z najbardziej prężnych i wpływowych, żeby się ze mną spotkał. Przyjął mnie, a ja opowiedziałem mu, co mam zamiar zrobić. Na koniec spytał mnie: „no dobrze, ale tak naprawdę - po co pan do mnie przyszedł? Nie chce pan ode mnie niczego?” Ja mówię: „nie, nie chcę od pana niczego. Chciałbym pana poinformować, że się czymś takim zajmuję i chciałbym zwrócić pańską uwagę na to działanie. Chcę także poznać pańskie zdanie, bo jest pan osobą, która dobrze się orientuje w życiu tego regionu.” A on na to: „no bardzo mnie pan zaskoczył, ponieważ wszyscy, którzy do mnie przychodzą, najpierw zwracają się o konkretne pieniądze i próbują mnie przekonać, jakie to jest ważne, a pan opowiedział, co pan robi, a nie zwrócił się o pieniądze.” Powiedziałem, że tak, bo nawet nie wiem, ile będę tych pieniędzy potrzebował, że na razie daję sobie radę. Na co mój rozmówca odparł: „gdyby pan potrzebował jakiejś pomocy, niech pan do mnie zadzwoni.” I jak tak naprawdę przyszedłem po to ostatnie zdanie.
 
AC: Potrzebowałeś pomocy? Zadzwoniłeś?
 
MS: Ten biznesmen był na koncercie. Zresztą był zafascynowany, robił dużo zdjęć. Umówił się ze mną, że przed moim wyjazdem powinniśmy się spotkać, żeby się wymienić zdjęciami i refleksjami na ten temat, co się wydarzyło. Wówczas, kiedy już to zrobiliśmy, powiedział do mnie tak: „no, jak na moje oko, to pan wtopił i wydał pan więcej niż pan miał”. A ja mówię: „no tak, trochę wtopiłem, ale niedużo”. On na to pyta „ile?”. Więc odpowiadam: „przepłaciłem na koszty ubezpieczenia wszystkich uczestników - zapłaciłem za większą grupę niż się pojawiła”. „I jaka to jest różnica?” pyta biznesmen. Więc ja „różnica to siedemset złotych”. I na koniec usłyszałem – „pozwoli pan, że ja ureguluję tę różnicę. Zrobił pan dobrą rzecz.”
 
AC: Ale mógł równie dobrze powiedzieć „no to nie jest aż taka duża suma. Chciałbym pomóc, ale niestety w tym miesiącu nie mogę. Proszę zadzwonić w przyszłym – może coś się uda”. Dlaczego nie zapytałeś od razu o pieniądze?
 
MS: Bo uważam, że projekty animacyjne mają jednego największego wroga – pieniądze. Jeżeli będziemy mieli wszystkie pieniądze już na samym początku, to nie uruchomimy naszych wewnętrznych zasobów. Nie będziemy wchodzić w relacje z innymi, nie będziemy czuć się zmobilizowani do rozmowy z otoczeniem. Nie będziemy prawdziwymi animatorami.
 

 
Narzędziownik został przygotowany przez Artura Celińskiego w ramach projektu „Rozmowy Zamiejscowe”. Jego celem jest pokazanie różnego rodzaju aspektów pracy animatorów kultury w Polsce.