O co chodzi z... merkelizmem i jego kontynuacją?
Czy „dalej tak samo”?

Angela Merkel
Foto: Pixabay

Era Angeli Merkel pomału dobiega końca. Już raczej żaden niemiecki kanclerz nie będzie rządził tak długo jak ona. Także nowy niemiecki rząd wyłoniony w wyborach parlamentarnych jesienią 2021 roku będzie raczej wielkim eksperymentem niż jedynie kontynuacją merkelizmu – uważa Christoph Bartmann, dyrektor Goethe-Institut w Warszawie.

CDU ma nowego przewodniczącego. Został nim Armin Laschet, którego wybrano nieznaczną większością głosów podczas (cyfrowej) kongresu największej rządzącej partii. Premier Nadrenii Północnej-Westfalii pokonał faworyta obozu konserwatywnego Friedricha Merza niewielką przewagą. Co to oznacza przed nadchodzącymi wyborami do Bundestagu. Kto i z jakim skutkiem będzie rządził Niemcami w najbliższych latach?
 
Laschet, Nadreńczyk i katolik z Akwizgranu, który nawet podczas kryzysu zdaje się nie tracić dobrego humoru, podaje się za merkelistę. Jego wybór potwierdza – co prawda nieznacznie – merkelowski kurs CDU. Wiąże się to z tym, że większość członków partii wprawdzie życzy sobie kontynuacji kursu Merkel nawet po zakończeniu jej rządów, ale niekoniecznie łączy dalszy ciąg z osobą Lascheta. Duża liczba osób w partii i poza nią twierdzi, że Laschet nie nadaje się na kanclerza. Większość wolałaby dziarskiego Markusa Södera, premiera Bawarii, od niedawna również uważającego się za merkelistę – stanowisko, które dotychczas było dla bawarskiego premiera raczej nietypowe.
 
Jednak Söder jest człowiekiem CSU, bawarskiej „siostrzanej partii” i dlatego nawet przy dobrych wynikach w badaniach opinii publicznej nie może zwyczajnie zostać kanclerzem. Nowo wybrany Laschet nie ustąpi mu tak łatwo pierwszeństwa, nawet jeśli w wyborach do Bundestagu raczej zdobędzie mniej głosów, niż zdobyłby Söder (a obaj z pewnością mniej niż Merkel, gdyby jeszcze raz kandydowała). Obecnie można założyć, że Söder przy okazji powie to, co chętnie mawiają bawarscy kandydaci na kanclerzy: że ich miejsce jest w Bawarii, zaś urząd bawarskiego premiera jest najpiękniejszą rzeczą na Ziemi.
 
Wyobraźmy sobie, że tak by się wydarzyło a Laschet zostałby kandydatem CDU/CSU na kanclerza. To nieprawdopodobne, by uzyskał 35-procentowe poparcie, które ma CDU/CSU w najnowszych sondażach. Jednak ten wynik i tak raczej wystarczy do zwycięstwa i koalicji z Zielonymi. Byłaby to konstelacja, którą popierałaby wyraźna większość (może 55 procent, może i więcej) niemieckich wyborców. A co robi reszta? SPD nadal znajduje się w stagnacji na poziomie maksymalnie 15 procent i próbuje odzyskać siły w opozycyjnych ławach. FDP znowu walczy o przetrwanie. Lewica w dalszym ciągu obsługuje swoją kurczącą się klientelę, a AfD może i pozyska sfrustrowanych antymerkelistów z CDU/CSU, jednak raczej już wyczerpała cały swój potencjał.
 
Od jesieni 2021 roku nastawmy się więc na koalicję CDU/CSU i Zielonych. Już teraz Laschet musi bronić się przed zarzutami, że jego polityka sprowadza się do „dalej tak samo” po Merkel. Tylko po pierwsze, czy „dalej tak samo” było dewizą lat pod rządami Merkel? Wcale nie, zapamiętamy tę erę jako czas wielkich wstrząsów (kryzys finansowy, Fukushima, kryzys uchodźczy, Trump, brexit, koronawirus), w którym kanclerz nie miała ani czasu, ani okazji, by po prostu zarządzać status quo i w którym najczęściej robiła to, co trzeba było zrobić. Podobnie Laschet będzie musiał się liczyć z ciągłymi wstrząsami i przełomami. To, że nie jest radykałem, lecz człowiekiem środka (ostrożnie przesuniętego w lewo), przemawia na jego korzyść. Tam, gdzie wymaga się radykalizmu, mianowicie w walce ze zmianami klimatycznymi, następny kanclerz będzie musiał się mierzyć z koalicjantem o wielkich ambicjach. Co się tyczy polityki zagranicznej, profil Lascheta jest raczej nieostry: z pewnością jest proeuropejski, proatlantycki i więcej, ale jeszcze zbyt wiele z tego nie pokazał.
 
Nie ma wątpliwości, że Laschet nie jest specjalnie popularny ani wśród członków własnej partii, ani w społeczeństwie. Warto jednak przypomnieć, że prawie 16 lat temu tak samo było z Angelą Merkel. Dzisiaj zaś międzynarodowe media chętnie wyrażają się o Markel jako ostatnim wielkim autorytecie politycznym. Jednak również jej początki w urzędzie kanclerskim były nieporadne. Zawsze uchodziła za rozsądną, ale także nudną, wręcz usypiającą, pozbawioną charyzmy i niezdecydowaną – aż odnalazła swój styl, w którym rzekome słabości w ekspresji emocji zaczęto postrzegać jako atuty. Już raczej żaden niemiecki kanclerz nie będzie rządził tak długo, jak Merkel a przed nią Helmut Kohl (od 1982 do 2021 roku w Niemczech było nie więcej niż troje kanclerzy). Może się nawet zdarzyć, że kiedyś to nie CDU wystawi kanclerza. Jednak to byłoby trudne dla tej partii. Jak ostatnio zauważył jeden z obserwatorów, sposób myślenia CDU o sobie przypomina autoocenę Bayern Monachium: pierwsze miejsce albo nic. Nie bez powodu ideologicznie dyskretną CDU wyśmiewa się, nazywając ją „stowarzyszeniem ds. wyboru kanclerza”. Jak by nie było, tylko frakcji CDU/CSU udaje się jeszcze zatrzymać dużą część społeczeństwa. Jeszcze – co może należałoby podkreślić – ponieważ czasy są trudne dla wielkich partii ludowych. Chociażby dlatego od jesieni 2021 roku nowy rząd będzie raczej wielkim eksperymentem niż jedynie kontynuacją tego, co już widzieliśmy.