Freelancerzy w Berlinie
Może brakować pieniędzy, ale nigdy nie brakuje tematów

Maszyna do pisania
Źródło: pixabay.com; Foto: Free-Photos

Prawdy i mity o pracy berlińskich dziennikarzy-freelancerów. Kaja Puto sprawdza, dlaczego wybierają Berlin, jak sobie radzą finansowo i jak wygląda dziennikarska codzienność w Niemczech. 

Kaja Puto

Niespieszny poranek z macbookiem w sąsiedzkiej kawiarni, wegański lunch z klientem, a popołudniu networking na jodze w parku – wielu freelancerów tak wyobraża sobie życie swoich kolegów w Berlinie. Stolica Niemiec od wielu lat przyciąga przedstawicieli wolnych zawodów niskimi w porównaniu do innych europejskich metropolii cenami, kreatywną atmosferą i tolerancją dla nieszablonowych osobowości.

W coraz większym stopniu dotyczy to dziennikarzy, którzy w czasach kryzysu tradycyjnych mediów mają coraz mniejszą nadzieję na etat i godziwe wynagrodzenie. Do Berlina ściągają dziennikarze z całych Niemiec, ale i innych krajów – zarówno tych bogatych, w których sprekaryzowanej klasie średniej coraz trudniej się utrzymać, jak i tych, w których wolność prasy jest ograniczona. Jak wygląda praca berlińskich freelancerów?

Z badań przeprowadzonych w 2017 roku przez medioznawców z Uniwersytetu Ludwika i Maksymiliana w Monachium wynika, że spośród 41 250 niemieckich dziennikarzy, dla których pisanie jest głównym zawodem, 9 600 to freelancerzy. Jeśli jednak wziąć pod uwagę freelancerów, dla których dziennikarstwo jest jednym ze źródeł utrzymania lub zajęciem hobbystycznym, ich łączna liczba to ponad 120 tysięcy – i ciągle rośnie.

– Większość – szczególnie tych bardziej znanych – freelancerów żyje właśnie w Berlinie – mówi Nikita Afanasjew, niemiecki dziennikarz. – Koszty życia nie są tu już tak niskie jak kiedyś, ale Berlin to centrum życia politycznego i kulturalnego kraju. Nawet jeśli wiele dużych redakcji – jak Spiegel czy Süddeutsche Zeitung – ma swoje główne siedziby w innych miastach, w Berlinie mają swoje filie i wielu współpracowników.

Pojedyncze teksty

Nikita ma trzydzieści sześć lat i dziennikarstwem zajmuje się już niemal dwie dekady. Wychował się w Recklinghausen w Nadrenii Północnej-Westfalii i już jako siedemnastolatek zaczął sobie dorabiać w dziale sportowym Westdeutsche Allgemeine Zeitung. Pisał głównie o piłce nożnej, a później, po studiach z socjologii i dziennikarstwa, przerzucił się na reportaże społeczne i polityczne. Specjalizuje się też w tematyce Europy Wschodniej, do czego doprowadziły go jego rosyjskie korzenie.

– Na studiach zacząłem współpracę z agencją prasową DPA, a później magazynem Focus – opowiada Nikita. – Później przeprowadziłem się do Berlina i trafiłem do Tagesspiegla, gdzie początkowo byłem wolontariuszem, a później zatrudniono mnie jako redaktora. Nie lubiłem redakcyjnej rutyny i chciałem robić swoje tematy, więc wróciłem na freelance. Dziennikarstwo polityczne i ekonomiczne uprawiane jest w Niemczech z redakcji, a od freelancerów kupuje się to, co mnie interesuje: teksty o tematyce społecznej, kulturalnej, zagranicznej. Nie można już jednak liczyć – jak kiedyś – na stałą współpracę ze stabilnym, comiesięcznym wynagrodzeniem. Redaktorzy zamawiają pojedyncze teksty i zazwyczaj umywają ręce od dodatkowych wydatków, jak np. pokrycie kosztów podróży.

Podobnie jak na całym świecie, w Niemczech zawód dziennikarza się prekaryzuje: zarobki są coraz niższe i mniej pewne, mimo wysokich kwalifikacji, które potrzebne są do jego podjęcia. To efekt kryzysu, w jakim znalazły się media w ostatnich dekadach: szeroka dostępność darmowych, choć niekoniecznie jakościowych informacji w sieci oraz monopol technologicznych gigantów – Facebooka czy Google’a – radykalnie ograniczył przychody tej branży.

Redakcje tną więc koszty i coraz chętniej outsourcują pracę na freelancerów, którym w obliczu dużej konkurencji mogą zapłacić mniej i nie przejmować się kosztami ich pracy – podatkami, dietami czy urlopem rodzicielskim. Z badań monachijskiego uniwersytetu wynika, że niemieccy freelancerzy zdecydowanie częściej niż zatrudnieni na stałe dziennikarze (27,9% wobec 15%) zarabiają poniżej 1800 euro, przy średniej niemieckiej pensji, która w 2017 roku wynosiła 2860 euro. Jednocześnie wolni strzelcy są lepiej wyedukowani: 82% (wobec 74,1%) z nich posiada wyższe wykształcenie.

W efekcie niewielu freelancerów żyje tylko z dziennikarstwa. Nikicie się to udaje: współpracuje z dużymi tytułami jak Tagesspiegel, Zeit Online czy Vice, wydał też dwie książki – ale z tego, jak mówi, kokosów akurat nie ma. W miesiącu przygotowuje 4-5 tekstów.

– Do pracy w dziennikarstwie garnie się dużo młodych i pełnych entuzjazmu ludzi, ale później, kiedy chcą się ustabilizować, przechodzą do reklamy, niektórzy stają się też nauczycielami – to w Niemczech dobrze opłacany zawód – opowiada Nikita. – Z kolei starsi wciąż mają swoje stare umowy z wynagrodzeniami z czasów świetności mediów, które dla młodych są nieosiągalne. Ja się jednak nigdzie nie wybieram. Gdybym miał zmienić zawód, to raczej na coś zupełnie innego, może mógłbym zostać drwalem – śmieje się.

Kilka redakcji

Ze swojej sytuacji zadowolona jest również Eva Müller-Foel, 31-letnia dziennikarka, która do Berlina przeprowadziła się z Mannheim.
– Życie z freelance’u jest finansowo trudne, ale nie chciałabym pracować na etacie – opowiada Eva. – Studiowałam germanistykę, bo bardzo chciałam pisać, ale okazało się, że dla dziennikarki nie był to najlepszy wybór, szczególnie że dziś interesuje mnie bardziej polityka niż np. krytyka literacka. Przewinęłam się przez kilka redakcji – robiłam praktyki między innymi w lokalnym dzienniku Mannheimer Morgen, później – po przeprowadzce do Berlina – w TAZ, ale nie polubiłam pracy pod redakcyjną presją.

Eva interesuje się tematyką społeczną i polityczną – ostatnio pisze sporo o niemieckich ruchach skrajnie prawicowych, między innymi dla TAZ czy Jungle World. Ma za sobą doświadczenia w branży PR, ale dziś woli dorabiać sobie zleceniami redaktorskimi – współpracuje z kilkoma magazynami, opracowuje też teksty do audiobooków z klasyką niemieckiej literatury.

– Planuję też debiut prozatorski, a w dziennikarstwie interesują mnie przede wszystkim długie formy, czyli reportaże, które ciężko pisać na etacie – przyznaje Eva.

Rozpoznania Nikity i Evy potwierdzają monachijskie badania, z których wynika, że większość „wolnych” dziennikarzy musi sobie dorabiać – najczęściej jest to PR lub komunikacja w biznesie – a liczba freelancerów żyjących wyłącznie z pisania regularnie spada. Mimo niskich wynagrodzeń i ogromnej konkurencji na rynku wolni strzelcy cenią sobie w swoim modelu „zawodową wolność” i „możliwość samorealizacji”.

Z domu albo z kawiarni

A miejsce pracy? Nikita i Eva pracują raczej z domu – rzadziej z kawiarni, gdzie raczej czytają niż piszą. Na przykład gazety ze swoimi tekstami, bo redakcje nie dostarczają freelancerom egzemplarzy autorskich. Popularne w Berlinie coworking space’y są natomiast na dziennikarskie stawki za drogie – biurko kosztuje ok. 200-300 euro miesięcznie.

W porównaniu do Polski, gdzie freelancerzy nie mogą liczyć na żadne ubezpieczenia społeczne ani zdrowotne – chyba że założą działalność gospodarczą – sytuacja niemieckich wolnych strzelców jest dużo stabilniejsza. Przede wszystkim dzięki Künstlersozialkasse – instytucji powołanej dla wolnych strzelców w branży kreatywnej, która pokrywa połowę kosztów ubezpieczeń. Dodatkowo samozatrudnieni mogą liczyć na różnego rodzaju ulgi oraz zapomogi na początkowym etapie swojej działalności, a w przypadku porażki – na zasiłek dla bezrobotnych Hartz IV.

Podobnie trudno jak u nas wygląda natomiast sytuacja freelancerów, których tematyka – np. zagraniczna – wymaga częstych podróży.

– Dziś już tylko największe media mają na świecie stałych korespondentów, więc jest komu proponować teksty – przyznaje Nikita, który regularnie podróżuje na wschód Europy. – Ale działa to tak, że musisz dostarczyć tekst – bywa, że za zaledwie kilkaset euro, co nie pokrywa nawet kosztów podróży – i redaktora nie interesuje, jak tam dolecisz, czy jesteś tam bezpieczny itd. Niektóre redakcje gotowe są zapłacić za podróż, ale często pokrywam te koszty sam i piszę z danego miejsca kilka artykułów dla różnych gazet. Dobrym rozwiązaniem są lokalne gazety – w Niemczech to rozwinięty rynek – które skłonne są kupić ten sam tekst, bo nie konkurują ze sobą – tylko że wtedy trudniej o widzialność. Innym sposobem jest ubieganie się o granty i stypendia, co też mi się czasem zdarza.

Granice fikcji

Podobieństw między Polską a Niemcami jest więcej: w ostatnim czasie niemieckie środowisko dziennikarskie trawi dyskusja obecna u nas co najmniej od czasów Ryszarda Kapuścińskiego – o granicach fikcji w dziennikarstwie. Stało się tak przede wszystkim za sprawą Claasa Relotiusa, wielokrotnie nagradzanego reportażysty prestiżowego tygodnika Der Spiegel.

Pod koniec 2018 roku wyszło na jaw, że dziennikarz wymyślił bohaterów lub ich historie w co najmniej 14 z 60 ze swoich artykułów opublikowanych przez Spiegla. Nieuczciwe reportaże dotyczyły między innymi imigrantów na amerykańskiej granicy, rzekomego jemeńskiego więźnia Guantanamo czy dwojgu irackich dzieci, które miały być porwane przez Państwo Islamskie. Relotius złożył wypowiedzenie, ale sprawa zaważyła na renomie Spiegla – i tradycyjnych mediów w ogóle.

– W historii niemieckiego dziennikarstwa zdarzyło się kilka podobnych skandali, ale nie na taką skalę i nie w reportażu – uważa Nikita. – Dotyczyły zwykle tematów rozrywkowych – był na przykład taki dziennikarz, który fejkował wywiady z gwiazdami Hollywoodu. Ale Relotius był jednym z najbardziej szanowanych dziennikarzy Spiegla, który jest z kolei jednym z najbardziej wpływowych tygodników.

„Reportaż literacki” – forma, która w Polsce jest niezwykle popularna na rynku książki i której, jak uważają niektórzy, więcej można wybaczyć – nie należy do niemieckiej tradycji. Niemieckie dziennikarstwo – wyszkolone po wojnie na modłę anglosaską rękami aliantów – wyraźnie też rozdziela reportaż od innych, subiektywnych form dziennikarstwa i niechętnie podchodzi do narracji pierwszoosobowej (tak zwane Ich-Journalismus) – z czym w polskiej prasie różnie bywa. Jednak i w Niemczech, twierdzi Nikita, przymykano oczy na naciąganie faktów „dla dobrej historii”. Ale nie na taką skalę.

– Po Relotiusie świadomość jest zupełnie inna. Ponadto niektóre gazety i czasopisma, w tym Der Spiegel, stworzyły lub wzmocniły działy fact-checkingowe, które wymagają od dziennikarzy dostarczenia kontaktów do wszystkich bohaterów tekstu i sprawdzają każdy szczegół.

Sprawa Relotiusa nadszarpnęła zaufanie do mediów, które parę lat wcześniej zostało wystawione na próbę po nocy sylwestrowej w Kolonii, kiedy to grupa imigrantów dopuściła się napaści seksualnych i rabunkowych na świętujących kobietach. Prawicowi populiści zarzucali wówczas opieszałość w relacjonowaniu wydarzeń spowodowaną poprawnością polityczną, co wzmocniło w części niemieckiego społeczeństwa przekonanie o Lügenpresse – o mediach, które w celach politycznych okłamują obywateli.

– Dzisiaj trudno już mówić o „zaufaniu do mediów” w ogóle, bo Niemcy stały się w ostatnich latach tak samo spolaryzowanym krajem jak wiele innych w Europie – uważa Nikita. Mamy dwie zwaśnione strony – prodemokratyczną i antydemokratyczną – które po prostu nie ufają sobie nawzajem, przy czym ta pierwsza jest wciąż dużo większa i ma za sobą właściwie wszystkie media mainstreamowe. W ostatnim czasie niewiele się w tym zakresie zmienia.

Bariera językowa

Berlin to jednak nie tylko niemieckie media i ich problemy: w kawiarniach pełnych zgarbionych nad laptopami freelancerów nierzadko angielszczyzna dominuje nad niemieckim. Nie brakuje też innych języków. Do niemieckich mediów, jak zresztą każdych innych, obcokrajowcom dopchać się trudno – to zawód wymagający maestrii języka, którą ciężko osiągnąć nie-native’om, o ile nie wyemigrowali jako dzieci.

Dlatego Grace Dobush, amerykańska dziennikarka, pisze głównie po angielsku: publikuje między innymi w Quartz, Wired czy The Economist, współpracowała też z nieistniejącym już Handelsblatt Today. W Berlinie mieszka od 4 lat – śmieje się, że zdążyła uciec na rok przed wyborem Trumpa – i pisze głównie o biznesie i technologii. 37-latka wydała też dwie książki o majsterkowaniu i DYI, a obecnie pracuje nad debiutem powieściowym.

– W rozmowie uważam się za osobę dwujęzyczną, ale po niemiecku pisze mi się trudno, choć wciąż nad tym pracuję – opowiada Grace. – Niedawno opublikowałam w tym języku mój pierwszy artykuł, więc jestem bardzo dumna! Pomijając barierę językową, widzę w tej branży trochę dyskryminacyjne podejście: zagranicznych dziennikarzy – szczególnie tych z uboższych regionów świata – Niemcy wpuszczają na łamy co najwyżej po to, żeby pisali o swoim regionie.

Grace urodziła się w Cleveland, Ohio i skończyła tam szkołę dziennikarską. Jeszcze przed kryzysem znalazła pracę w Pittsburghu, później – w czasach recesji – przeniosła się do Cincinnati. W mediach działo się już coraz gorzej: cięto koszty, a redaktorom zaczęto dorzucać pracy w mediach społecznościowych. W 2012 roku Grace przeszła na freelance, a po kilku latach postanowiła wyjechać do Berlina.

– Rozważałam wyjazd do Chicago albo Waszyngtonu, ale w końcu stanęło na Berlinie – opowiada. – Oczywiście to nie jest już 2000 rok, kiedy można było tu przyjechać i zamieszkać na squacie albo wynająć za grosze mieszkanie w modnej dzielnicy, ale wciąż jest to miasto, w którym da się przeżyć – prędzej niż w wielu europejskich czy amerykańskich metropoliach. Mieszkałam w Niemczech wcześniej na wymianie uczniowskiej i później w trakcie studiów, więc znałam już język. I oczywiście uwielbiam atmosferę tego miasta. Ma świetną scenę artystyczną, technologiczną i queerową – wszystko, czego potrzebuję.

Grace lubi pracować w kawiarniach – spotykamy się w designerskiej kawiarni Soho House. Wygląda to całkiem posh, ale herbata kosztuje grosze. Co-working space’y są dla niej za drogie. Podpowiada mi, że z komputerem warto się też schować w stołówce IKEI – w dni robocze nie ma tam nikogo i mają świetne wi-fi. To cenna wskazówka, bo w Berlinie właściciele barów zmęczeni natłokiem komputerów i ich właścicieli pijących jedną kawę przez pół dnia coraz częściej wywieszają na drzwiach kartkę z napisem: „no laptops”.

– Jestem zadowolona ze swojego życia i nie marzę o etacie – przynaje Grace. – Nie chcę też wracać do Stanów. Kiedy Trump został prezydentem, powiedziałam sobie: „haha, cóż za szkoda, że mnie tam nie ma!”. Na razie potrzebuję jeszcze roku, by zaaplikować o stały pobyt w Niemczech – a co za tym idzie, o niemiecką emeryturę. Bo, umówmy się, mój kraj mi jej raczej nie wypłaci. A później – zobaczymy.

Do swojego kraju rodzinnego nie ma zamiaru wracać też 28-letnia Daria Sucharczuk, Rosjanka wychowana w Moskwie.

– Studiowałam sinologię i spędziłam rok na wymianie w Chinach – wspomina Daria. –  Zrozumiałam wtedy, że po tych studiach mogę przede wszystkim robić karierę w business consultingu – a to zupełnie nie jest dla mnie. Napisałam stamtąd dwa artykuły dla rosyjskich magazynów i bardzo mi się to spodobało. Postanowiłam więc wyjechać do Europy na dziennikarskie studia magisterskie.

W ramach programu Erasmus Mundus Daria studiowała rok w duńskim Aarhus i rok w Hamburgu i jednocześnie pisała dla rosyjskich czasopism. Później wyjechała do Berlina – po odebraniu dyplomu niemieckiej uczelni mogła legalne zostać w kraju na kolejne 18 miesięcy.

– Skończyłam studia w 2015, a więc rok po zajęciu Krymu. Było dla mnie jasne, że powrót do Rosji nie jest najlepszym pomysłem. Rynek niezależnych mediów jest niewielki, więc albo musisz pracować dla propagandowej telewizji – czego nigdy nie zrobię – albo jest ci bardzo ciężko, a do tego dochodzi presja polityczna, przed którą nikt cię nie ochroni. Najlepsi rosyjscy dziennikarze śledczy żyją w strachu, a do tego nierzadko w małych kawalerkach. Nie chcę tego, chcę godnego życia. W Niemczech freelancerzy nie zarabiają dobrze, ale wystarczająco, by związać koniec z końcem.

Daria odbyła kilka praktyk – np. w agencji zajmującej się dziennikarstwem danych – później pracowała przy projekcie edukacyjnym na stulecie rewolucji październikowej, współpracowała z „NewsMavens” oraz w berlińskim stowarzyszeniu n-ost, gdzie zajmowała się organizacją konferencji dziennikarskich. Jednocześnie pisała teksty dla rosyjskich i międzynarodowych mediów – oprócz polityki interesują ją feminizm i psychologia. W zeszłym roku zaczęła też współpracę z berlińską telewizją OstWest, skierowaną głównie do rosyjskojęzycznej diaspory.

– OstWest to bardzo ważna inicjatywa: należy docierać do imigrantów w ich własnym języku, bo inaczej nie będą mieli alternatywy dla rosyjskiej propagandy – wyjaśnia Daria. – Piszę też o Europie Wschodniej dla anglojęzycznych mediów – są na ten temat tak powierzchowne, a przecież to też jest Europa! Dlaczego niemieckie media tyle trąbią o Brexicie? Europa powinna wiedzieć więcej o sobie samej.

Daria perfekcyjnie mówi i pisze – jak mówi, dzięki studiom – po angielsku – z niemieckim też sobie świetnie radzi, ale pisze jej się ciężko. Przyznaje, że wejść na ten rynek obcokrajowcom nie jest łatwo, choć ostatnio udało jej się wkręcić we współpracę z niemieckim BuzzFeedem przy materiale śledczym.

Od początku roku Daria zarejestrowana jest jako freelancerka – z biurokracją nie było łatwo, ale pomógł jej w tym doradca ze związku zawodowego Vereinte Dienstleistungsgewerkschaft, do którego należy. Właśnie zamieszkała z chłopakiem i do Rosji jej się nie spieszy – myśli o aplikowaniu o niemieckie obywatelstwo, do czego już niedługo będzie miała prawo.

– Kiedyś być może pomyślę o stałym zatrudnieniu, ale na razie chcę zdobyć różnorodne doświadczenie. Na szczęście współpracuję z klientami, którzy płacą na czas. A z Berlina nie chcę wyjeżdżać: w tym mieście nigdy nie brakuje tematów.