Boże Narodzenie w Niemczech
Świąteczne opowieści

Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii
Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii | © fot. z archiwum prywatnego

Już za chwilę święta. Jak Boże Narodzenie będą obchodzić Niemcy? Które ze świątecznych tradycji wytrzymały próbę czasu? Wraz z nastaniem adwentu Joanna Strzałko rozmawia o współczesnych zwyczajach świątecznych w Niemczech.

„Mogłabym się obyć bez świąt“

Dom Elizabeth w Schwarzwaldzie stoi na zakręcie. Przy dobrej pogodzie widać stąd ośnieżone szczyty Alp po szwajcarskiej stronie. Siedzimy w salonie, z którego ścian spoglądają na mnie surowo przodkowie gospodyni. Ciszę przerywa wiatr, który goni za oknem czarne chmury, miarowe tykanie stojącego zegara, pochrapywanie psa drzemiącego na fotelu i pomrukiwanie kota, który zwinął się w kłębek na fortepianie. Mąż Elizabeth krząta się w kuchni – podobno robi pyszną kawę.

- W takim starym, drewnianym domu święta muszą być wyjątkowe - zaczynam rozmowę.

Elizabeth przygląda się przez chwilę kroplom deszczu na szybie. - Dawno, dawno temu ten przedświąteczny czas był dla mnie piękny - wzdycha Elizabeth. - Czytaliśmy z rodzicami bożonarodzeniowe opowieści, śpiewaliśmy kolędy przy świecach, piekliśmy tradycyjne ciasteczka zwane u nas Plätzchen. Boże Narodzenie było wtedy świętem religijnym, pełnym zadumy i refleksji nad życiem. Dziś niewiele z tego zostało. To po prostu spotkanie z rodziną. Spędzam je z mężem, synem i synową. 24 grudnia znajomy przynosi nam świeżo ściętą choinkę z lasu. Ubieram ją, ale skromnie. Pod nią ustawiam tradycyjną szopkę z figurkami Jezusa, Marii, Józefa. A także tę, którą zrobiła sąsiadka, na wesoło, z zabawnymi ludzikami z filcu oraz figurkami lwów, lisów, zająców, niedźwiedzi. Stoją obok siebie w przyjaźni – jest przecież Boże Narodzenie, nie będą się więc atakować.

Pierwszego dnia świąt podaję gęś nadziewaną kasztanami, jabłkami, pomarańczami, orzechami i imbirem. Do tego czerwoną kapustę i dobre wino. Stół jest świątecznie udekorowany, jest dużo czerwieni, porcelana i srebrne sztućce z XIX wieku. Jest przytulnie, grzeje nas kaflowy piec, na dworze leży śnieg, w oknach błyskają światełka. Ale proszę mi wierzyć – mogłabym się obyć bez tego wszystkiego. Dlatego często powtarzam synowi: „Jeśli wolisz spędzić święta z przyjaciółmi, nie przyjeżdżaj i nie miej z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.”

Nie, do kościoła już od dawna nie chodzimy. Może kiedyś wybiorę się na pasterkę, późnym wieczorem. Sąsiedzi mówią, że jest piękna. Chętnie posłuchałabym koncertu, tylko jak pomyślę o kazaniu, to przechodzą mnie dreszcze. Takie same, gdy przypomnę sobie święta w zakonnej szkole, gdzie wcześniej uczyłam. I zakonnice, które w Wigilię ogarniało jakieś zbiorowe szaleństwo – wyjmowały z kołyski świątecznej szopki figurkę Jezusa i ze łzami w oczach, a niekiedy ze szlochem, tuliły go do piersi, każda, po kolei.

- Moje najpiękniejsze święta? - zastanawia się na głos Elizabeth. - To te, gdy byłam mała. W Wigilię rano szliśmy z tatą na rynek i kupowaliśmy choinkę. Była wysoka i pachnąca – tak ją przynajmniej zapamiętałam. Musieliśmy ją przywiązywać, aby nie upadła, gdyż ciągle wdrapywał się na nią nasz kot. Rodzice ubierali ją za zamkniętymi drzwiami – to jak będzie wyglądać miało być niespodzianką dla nas, dzieci. Wisiały na niej słodycze i jabłka, paliły się prawdziwe świece. Na wczesny obiad była zupa ugotowaną na szyjce, skrzydle i kuprze gęsi z ryżem. Po południu, około 17.00, szłam z tatą na mszę do kościoła ewangelickiego. Mój brat, który miał piękny głos i śpiewał w chórze, wykonywał solową partię Pasji Bacha. Ten koncert był dla mnie wielkim przeżyciem. Mama w tym czasie zajmowała się kuchnią i układaniem prezentów pod choinką. Wieczorem jedliśmy sałatkę ze śledzia lub ziemniaków i kiełbaski. A po posiłku rodzice ubrani odświętnie – tata w czarny garnitur z muchą, mama w garsonkę ze srebrną nitką, zamykali się w salonie, gdzie stała choinka, pili kieliszek wina i wręczali sobie prezenty. Podglądaliśmy ich z bratem przez dziurkę od klucza. Wolno nam było wejść dopiero wtedy, gdy zadzwonili dzwoneczkiem. Wpadaliśmy do pokoju, a oni stali przy otwartym oknie i mówili: „O, tam leci aniołek, który zostawił dla Was prezenty”. Dostawałam książki, rękawiczki, czapki i zawsze coś na wyprawkę ślubną – ręczniki, sztućce, czy pościel. Rzadko byłam zadowolona.

Prawdziwe święto zaczynało się 25 grudnia. Wkładaliśmy tego dnia nowe ubrania i odwiedzaliśmy rodzinę. Na obiad, pamiętam, była pieczona gęś. Drugiego dnia resztki mięsa w sosie. A kolejnego zupa na kościach. Nic się wtedy nie marnowało. Mój tata nie umiał gotować i do kuchni wchodził tylko raz w roku, gdy próbował sosu do bożonarodzeniowej pieczeni. Tak było w mojej rodzinie. Ale wiem, że dla wielu moich przyjaciółek Boże Narodzenie to była straszna trauma, gdyż mnóstwo mężczyzn po wojnie piło i w święta odbywały się najgorsze awantury. Widocznie tak odreagowywali swoje lęki i stres.

Gdy kończymy rozmowę Elizabeth wskazuje mi ubranego na czarno mężczyznę. Właśnie wchodzi do niewielkiego, białego kościoła po drugiej stronie ulicy. Krąży nad nim para jastrzębi, które jak się okazuje, wybrały sobie kościelną wieżę na dom.

- To katolicki ksiądz, z Polski - wyjaśnia mi Elizabeth. - Od lat odprawia u nas msze i jest tu bardzo lubiany.

Ciekawe jak on spędza święta – myślę i dzwonię do parafii.

Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii
Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii | © fot. z archiwum prywatnego

„Niemcy inaczej pojmują kościół niż Polacy“

- Moje święta? - powtarza pytanie ksiądz Jan, gdy udaje mi się umówić z nim na rozmowę. - Gdy po liturgii wracam do domu, jestem szczęśliwy, że mogę pobyć w ciszy sam. Zaparzam kawę, czasem otwieram butelkę wina. Nie mam potrzeby świętowania w grupie, a nawet z rodziną. I w żaden sposób mnie ta samotność nie boli. Raz, w 2015 roku, zaprosiłem na święta Syryjczyka, katolika. Nie była to wielka gościna, ale może było mu łatwiej zapomnieć o bólu i tęsknocie za bliskimi.

Gdy pytam jak do polskiego księdza podchodzą niemieccy wierni, ksiądz Jan wyjaśnia mi, że to zależy od osobowości duchownego. Bo jeśli potrafi się zintegrować, stać się jednym z nich, szanować ich zwyczaje, a nie narzucać własne, jest przyjmowany z otwartymi ramionami i nie ma znaczenia, czy przyjechał do Niemiec z Polski, czy z Afryki. - Urodziłem się na Pomorzu, jestem Polakiem z niemieckimi korzeniami - mówi ksiądz Jan. - Mam dwa obywatelstwa i dobrze odnajduję się w obydwu kulturach. A że w Niemczech brakuje księży, zdecydowałem się na pracę na Zachodzie. Jestem tu już od 20 lat. Nie narzekam.

- Czy polskie i niemieckie święta różnią się od siebie? - zamyśla się ksiądz Jan. - Adwent i Boże Narodzenie obchodzi się podobnie w całym Kościele katolickim, ale adwentowy okres wielkiego oczekiwania jest w Niemczech bardziej widoczny i mocniej przeżywany. Odmierzając dni do Bożego Narodzenia i przeganiając mrok Niemcy co tydzień zapalają kolejną świecę na poświęconym w kościele wianku adwentowym, pierwszą już w pierwszą niedzielę adwentu. Tydzień później drugą, potem trzecią, a na koniec palą się wszystkie cztery. Ich światło symbolizuje nadejście jasności w osobie Jezusa Chrystusa. W tym czasie, też przy świecach, zanim wzejdzie słońce, odprawiam poranne msze roratnie. W Polsce są one codziennie, tu ze względu na brak personelu tylko raz w tygodniu i tylko w jednej z moich ośmiu parafii. No i warto wspomnieć o jarmarkach świątecznych, które otwierają się w każdym mieście, miasteczku, a nawet wsi w czasie adwentu, i gdzie Niemcy uwielbiają kupować prezenty czy spotykać się z przyjaciółmi przy grzanym winie.

A jak wygląda Wigilia? – pytam.

- W Polsce święta Bożego Narodzenia skupiają się na Wigilii. Tu nie - odpowiada ksiądz Jan. - Poza tym mniejszą rolę odgrywa jedzenie. 24 grudnia nie ma dwunastu potraw, a w pozostałe dni stoły nie uginają się od tysięcy dań, których nikt potem nie jest w stanie zjeść. Dlatego wydaje mi się, że to niemieckie świętowanie jest bardziej racjonalne. I nie wynika ono ze skąpstwa, jest po prostu dobrze przemyślane.

- Ale wróćmy do Wigilii - ciągnie ksiądz Jan. - Tego dnia po południu odprawiam pasterkę dla dzieci (Kinderchristmette), której towarzyszą jasełka z udziałem moich najmłodszych wiernych. Po przedstawieniu wszyscy razem śpiewamy wybrane kolędy. Mniej osób pojawia się o 22.00, na pasterce dla dorosłych (Christmette). Przed nią Niemcy spożywają tylko prosty posiłek, gdyż świąt jeszcze nie ma – zaczynają się dopiero po mszy świętej. A potem przychodzi 25 grudnia i rozpoczynam go poranną mszą z orkiestrą i chórem. Kościół pęka tego dnia w szwach, jest pięknie przystrojony, palą się świece, wokół stoją ozdobione choinki, a wierni przychodzą elegancko ubrani. Po mszy wszyscy rozchodzą się na uroczysty obiad, podczas którego podaje się pieczeń. Co ważne, i co bardzo mi się podoba - przy stole nie rozmawia się o polityce, a jeśli nawet, to nikt sobie do gardła z tego powodu nie skacze. Ona nie wywołuje tu aż takich emocji, jak w Polsce.

Czy w inne dni Niemcy też chodzą tak licznie do kościoła? – pytam już przy pożegnaniu.

- W jednej z moich parafii, gdzie jest tylko 180 wiernych, w niedzielnej mszy uczestniczy może z dziesięć osób - mówi ksiądz Jan. - Ale to wynika z innego pojmowania kościoła. Niemcy nie utożsamiają go jedynie z liturgią, a raczej z zaangażowaniem w niesienie pomocy. Dlatego swój wolny czas poświęcają potrzebującym - biednym, chorym, uciekinierom wojennym, dzieciom. Robią to w dzień powszedni, i w święta też.

Adwentowy wianek Claudii
Adwentowy wianek Claudii | © fot. z archiwum prywatnego

„Dzieli nas podejście do świąt i ogród pełen róż“

- Tak, to prawda. Co niedziela organizujemy obiady dla bezdomnych - opowiada Marianne z Mannheimu, praktykująca katoliczka, gdy spotykamy się w ciepłej kuchni jej sąsiadki, Marie. - Co tydzień gotujemy dla najbiedniejszych i w domach wspólnoty podajemy dwudaniowe dania, a także kawę z ciastem, oraz szykujemy paczki z jedzeniem na wynos. Teraz przed świętami też będzie takie spotkanie. O matko, jak ja się z tym wszystkim wyrobię! - wzdycha Marianne.

Marie słucha i w milczeniu zagniata ciasto.

- Okna już umyłam - ciągnie Marianne. - Ale znów są brudne, trzeba będzie poprawić. Światełka w nich powieszę, mąż choinkę przyniesie, to ubiorę. Wolę sama, bo on nie za bardzo wie jak. Wianek adwentowy poświęciłam i w niedzielę zapalę pierwszą świeczkę.

Marie w skupieniu obiera jabłka do szarlotki.

- A ciasteczka maślane upiekłam wczoraj - dalej wylicza Marianne. - Zrobię jeszcze sałatkę ziemniaczaną, kupię kiełbaski na Wigilię, no i szynkę do pieczenia na święta. Całe szczęście, że szparagów dużo namroziłam, bo córka z Australii zadzwoniła, że przyjedzie. Szparagi to w mojej rodzinie przysmak bożonarodzeniowy.

Marie starannie smaruje blachę tłuszczem, umieszcza w niej ciasto, jabłka i wkłada do nagrzanego piekarnika.

- Dobrze, że mszę 24 grudnia przenieśli na ósmą wieczorem, wyśpimy się - uśmiecha się Marianne. - O północy przychodziło za mało ludzi. 25 grudnia pojedziemy do kościoła w Ladenburgu, kilkanaście kilometrów od Mannheimu, gdzie mąż śpiewa w chórze. Potem posiedzimy z córką w domu, pogadamy, pośmiejemy się, na luzie. A 26 pójdziemy w gości do najbliższej rodziny.

Marie ubija śmietanę, pachnie ciastem.

- Nie wiem jak dalej będzie z tymi wszystkimi tradycjami - wzdycha Marianne. - Kiedyś jeszcze robiłam kalendarze adwentowe dla dzieci, kupowałam prezenty, a wieczorami muzykowaliśmy. Dziś tego nie ma. Nawet nie wiem, czy moja córka chodzi do kościoła na tych Antypodach, bo skąd mam wiedzieć? Nigdy u niej nie byłam. A jednak mimo tego całego stresu lubię święta. A ty, Marie? - Marianne patrzy z przekorą na sąsiadkę.

No bo jak się okazuje Marie nie znosi świąt i najchętniej się podczas nich chowa. Nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, nie przyjmuje zaproszeń, sama też nie zaprasza. Czasem patrzy przez okno na krzątaninę Marianne. Bez zazdrości.

- Wychowywała mnie tylko matka i ciotka - opowiada Marie rozstawiając talerzyki do ciasta. - I ciągle się na mnie skupiały. „Siedź prosto”, „Zaśpiewaj”, „Zjedz jeszcze”, a potem „Podoba ci się? Podoba?” pytały gdy otwierałam prezenty z szaro-burym swetrem czy obciachowymi butami, których wiedziałam, że nigdy nie założę. Trzy kobiety, bieda, stres – i te uporczywe próby, by w święta było inaczej. Nie było. Ciągle dochodziło do awantur.

Marie poprzysięgła sobie, że jak dorośnie, nie będzie obchodziła Bożego Narodzenia. I słowa dotrzymała. Jej mąż początkowo był niepocieszony, ale się przyzwyczaił. Po prostu wyjmuje kontrabas i przez trzy dni gra. Tylko raz Marie mu ustąpiła, gdy przyniósł metalową choinkę, a właściwie taki trójkąt, w który można wstawić świece. Poza tym nie ma w ich mieszkaniu ani jednej ozdoby, a w lodówce ani jednej potrawy, która mogłaby skojarzyć się ze świętami.

Po szarlotce z bitą śmietaną Marianne wychodzi. „Mam jeszcze tyle pracy”, mówi z lekkim uśmiechem do Marie. Patrzymy, jak idzie szybkim krokiem przez ogród porośnięty różami, do domu, który lśni.

Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii
Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii | © fot. z archiwum prywatnego

„My ewangelicy, katolicy i muzułmanie spędzimy te święta razem“

- Moje święta będą w tym roku inne - zwierza mi się Claudia z Bockenheim. - Rodzice sprzedali dom w Heidelbergu i kupili apartament w domu seniora. Jest za mały, by pomieścić naszą dziesięcioosobową rodzinę – mnie z dwoma synami, brata z żoną i córkami. Dlatego 24 grudnia pojadę do Stuttgartu, do mojego chłopaka. Dojedzie do nas mój młodszy syn z dziewczyną. Starszy posiedzi w tym czasie z dziadkami. Spotkamy się wszyscy dopiero 26 grudnia na wspólnym obiedzie w eleganckiej restauracji w Heidelbergu.

Claudia wyjaśnia mi, że większość lokali 25 i 26 grudnia pracuje w Niemczech na full, a rezerwacje na te dni robione są z rocznym wyprzedzeniem. - Niemcy nie lubią spędzać świąt w kuchni - opowiada. Ale, jak dodaje, ma to swoje minusy, gdyż knajpy pękają w szwach, jest w nich głośno, duszno, długo czeka się na potrawy i w wielu miejscach już po dwóch godzinach trzeba opuścić lokal, gdyż przychodzą kolejni goście. A takie świąteczne menu to wydatek około 50 euro na osobę.

- Niczego specjalnego na Boże Narodzenie nie szykuję - mówi Claudia. - Mam dość stresu na co dzień i w święta chcę po prostu odpocząć i pobyć z najbliższymi. Jestem ewangeliczką, ale niepraktykującą. Mój partner jest katolikiem, ale też nie chodzi do kościoła. Z kolei moi synowie są muzułmanami, więc z tych świąt lubią jedynie wspólne pieczenie ciasteczek, posiłek w rodzinnym gronie, przytulną atmosferę. Nie będzie choinki, prezentów też sobie nie dajemy. Stroje będziemy nosić wygodne, domowe. Kupimy dobre wino, ser i wieczorem wspólnie zrobimy raclette. Ale pewnie się złamię i przygotuję jakieś małe dekoracje z kwiatów i świec - śmieje się Claudia.

Bo Claudia jest uznaną florystką i zarabia na życie dekorując restauracje czy winiarnie na różne okazje. Przygotowuje również i sprzedaje tradycyjne wianki adwentowe ze świeżych gałązek jodły. - Już w czerwcu, na pół roku przed świętami, obserwuję trendy w modzie i dominujące kolory. W tym roku modny był kolor szaro-niebieski, złamany turkusem. A także miodowy z zielonym. Ale i tak najlepiej sprzedają się te z czerwonymi dodatkami i świecami, czyli najbardziej tradycyjne. Wianek kosztuje u mnie średnio 35 euro, choć są i takie po 70. W markowych sklepach cena jest kilka razy wyższa.

Gdy pytam Claudię o jej najlepsze świąteczne wspomnienia, milknie. - Chyba najbardziej mi utkwiły te najgorsze - mówi cicho. - 2005 rok, pierwsze święta bez synów. Wywiózł ich gdzieś mój były mąż i nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Szukałam ich i święta zastały mnie samą w hotelu w Tunezji. Nie wiem, jak ja je przeżyłam. Żeby się na czymś skupić układałam puzzle. A potem najwspanialsze były te pierwsze święta, gdy po 10 latach moi chłopcy wrócili i znów mogliśmy je spędzić razem.

Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii
Świąteczne dekoracje i adwentowe wianki Claudii | © fot. z archiwum prywatnego

„Obchodzimy święta, robimy to dla mamy“

- Święta to czas pewnych rytuałów - wzdycha Lutz z Karlsruhe. - I jeśli kogoś bliskiego zabraknie, to wszystko się sypie. Przez kilkadziesiąt lat obchodziłem Boże Narodzenie z rodzicami, mieliśmy swoje zwyczaje, obowiązki. I kiedy dwa lata temu odszedł mój ojciec, poczułem się zupełnie zagubiony. Ubierałem choinkę, nalewałem do kieliszków wino i natychmiast pojawiały się wspomnienia. Myślałem tylko o tym, że kiedyś robił to on.

- Kiedyś na święta jeździliśmy na pięć dni do Eifel, do mojej mamy i na pięć do Hanoweru, gdzie mieszkali rodzice Lutza - opowiada Beate, żona Lutza. - Ale odkąd mojej mamy nie ma, spędzamy cały urlop w Hanowerze.

- Zazwyczaj przyjeżdżamy na tydzień przed Bożym Narodzeniem, by mama nie stresowała się zakupami - opowiada Lutz. - Chcemy też mieć wystarczająco dużo czasu, by sprawdzić, co trzeba w domu naprawić, wymienić, gdyż tylko raz w roku możemy mamie poświęcić aż tyle czasu.

- Zaraz po przyjeździe jest dużo zamieszania - kiwa głową Beate. - Dopiero po dwóch dniach pobytu pojawia się przestrzeń na takie normalne, życiowe rozmowy. Mama otwiera się wtedy i opowiada o tym, co i gdzie ją boli, czym się martwi, czego się boi.

- A potem przychodzi Wigilia i po południu idziemy razem do kościoła - ciągnie Beate. - Kazanie na szczęście jest krótkie, za to długie i piękne jest wspólne kolędowanie. Wzruszam się, gdy setki głosów łączą się śpiewając „Cicha noc, święta noc”.

- Warto tu wspomnieć, że jesteśmy z żoną fizykami i nie nazwałbym nas osobami wierzącymi - śmieje się Lutz.

- Ale jesteśmy członkami kościoła ewangelickiego i płacimy podatek kościelny - uściśla Beate. - Choć prawdą jest, że robimy to tylko dlatego, by wesprzeć finansowo Kościół, który naszym zdaniem dobrze wydatkuje pieniądze na pomoc ludziom starszym i chorym.

- Ale wracając do świąt - zauważyłem, że z wiekiem coraz bardziej czekam na świąteczne jedzenie - śmieje się Lutz. I dodaje: W Wigilię mama podaje sałatkę zwaną u nas Russischer Wurstsalat - z kiełbasą, ziemniakami, jajkiem, ogórkiem, kaparami, cebulą i majonezem. Nie wiem skąd się ta nazwa wzięła, ale co ciekawe, gdy parę lat temu byłem w Moskwie, w uniwersyteckiej kantynie serwowano bardzo podobną potrawę.

- A 25 i 26 grudnia na obiad pieczemy kaczkę, gdyż nie jest tak tłusta i duża jak gęś - dopowiada Beate. - Nie, do restauracji nie chodzimy. Zazwyczaj siedzimy w domu i oglądamy telewizję. Mama ma swoje zwyczaje i programy, których nie może przeoczyć, jak na przykład show André Rieu.

Moglibyście obyć się bez świąt? - pytam.

- Tak, obchodzimy je tylko ze względu na mamę - odpowiada Beate.

- A dla mnie są ważne, lubię ten spokojny, rodzinny czas - mówi przekornie Lutz. - Kiedyś czekałem tylko na Wigilię i prezenty. Teraz, gdy spoglądam wstecz, widzę, że one wcale nie były dla mnie takie istotne. Liczył się fakt, że ktoś o mnie pamiętał, a nie co mi kupił. Może dlatego, gdy byłem mały, tak bardzo wyczekiwałem paczek od rodziny z NRD. Do dziś pamiętam smak bożonarodzeniowej strucli i turyńskiej kiełbasy, którą nam na święta przysyłali.

„Te drobne oznaki miłości są najpiękniejsze“

- Moje najlepsze święta? - zastanawia się 17-letnia Lisa. - Wigilia, gdy pod choinką obok małych upominków stało wielkie pudło - mówi. - Okazało się, że była tam konsola do gier wideo. Ile mieliśmy wtedy z bratem radości!

- Ale najbardziej wzrusza mnie kalendarz adwentowy, który moja mama co roku sama robi dla mnie i dla brata. I codziennie przez cztery tygodnie znajduję tam coś drobnego – a to szminkę, a to tusz do rzęs, a to papierośnicę. Aż mi się rano chce wstać.

Sama też lubię robić prezenty. Staram się być kreatywna, wkładać w to uczucia, a jednocześnie sprawiać najbliższym przyjemność. W zeszłym roku kupiłam mamie książkę i napisałam do niej długi, szczery list o tym, co mi w sercu gra, wkleiłam parę wspólnych zdjęć, narysowałam serduszka. Tata dostał zapachowe bombki do kąpieli, a brat? Nie pamiętam, ale może w tym roku kupię mu ozdobny nóż – zauważyłam, że się nimi interesuje.

Tak, lubię święta, gdyż mamy wtedy dla siebie z rodzicami i bratem czas. Pieczemy ciasteczka, ubieramy choinkę, rozmawiamy. 24 grudnia wszyscy idziemy do kościoła – mama mówi, że raz w roku trzeba. A po powrocie jemy po kawałku ciasta, pijemy poncz i dajemy sobie prezenty. W pozostałe dni nie robimy nic specjalnego. Jest jak w każdy weekend, tyle, że spędzamy go razem, w domu, na luzie.

Ale w tym roku będzie inaczej. Muszę iść do pracy do knajpy, gdzie dorabiam jako kelnerka. Cóż, tym razem w święta będzie stres.

Już za chwilę

I tak na opowieściach świątecznych zszedł listopad. Nadszedł 1 grudnia, pierwsza niedziela adwentu. Niemcy zapalili pierwszą świeczkę w wianku adwentowym, w oknach i przed domami pojawiły się ozdoby, jarmarki pękają w szwach. Zaczęło się odliczanie, krzątanina i gwar. Gdzieś w tle biją dzwony. Zbliża się po cichu święta noc.
 

Czy wiecie, że...

  • nasi zachodni sąsiedzi kupują przed świętami 30 milionów żywych choinek oraz 145 milionów czekoladowych Mikołajów
  • a na świąteczne prezenty wydają od 300 do 500 euro
  • 30 % obdarowanych dostaje pod choinkę książkę
  • najchętniej w prezencie wręczane są bony zakupowe, kosmetyki i perfumy oraz pieniądze
  • w ciągu roku jedzą prawie 29 tysięcy ton gęsiny, z czego aż 90% w listopadzie i grudniu
  • bożonarodzeniowe obroty w handlu wyniosły u nich w listopadzie i grudniu zeszłego roku ponad 100 300 000 000 miliardów euro
  • a ich ulubiona kolęda Stille Nacht, heilige Nacht doczekała się 228 wersji i jest przetłumaczona na 143 języki

Źródło: merkur.de, zeit.de, de.statista.com

 

Społeczeństwo i trendy

Czytaj więcej o polityce i życiu prywatnym, o klimacie, technologiach i nowych zjawiskach w cyklach felietonów i reportaży o najciekawszych trendach w niemieckim społeczeństwie.