Życie po epidemii koronawirusa
Oczy nie mogą już nie widzieć

Rozmyte sylwetki ludzi na rynku w Poznaniu
Rozmyte sylwetki ludzi na rynku w Poznaniu | Źródło: pixabay.com; Foto (fragment): Jakub Orisek

Oto w czasie epidemii zdobyliśmy niezwykłe doświadczenie społeczne: przetestowaliśmy naszą zdolność do długotrwałej izolacji, do spędzania czasu w małych kręgach i do niesienia sobie nawzajem pomocy. Doświadczenie to ma szerszy sens. Nasze wycofanie się ze sklepów i ulic, ograniczenie pobytu w pracy to potężna siła sprawcza. Nasza nieobecność to sposób oddziaływania. 

Przemysław Czapliński

Pod koniec marca, w trzecim tygodniu pandemii, szedłem przez Poznań. Ponad półmilionowe miasto, leżące w połowie drogi między Warszawą i Berlinem, pod względem wielkości podobne do Dublina, Genui czy Drezna, było melancholijnie puste. Szedłem ulicami, a rzeczywistość wyglądała nierealnie. Mijałem zamknięte przedszkola, szkoły, teatry, muzea, restauracje, gabinety dentystyczne. Żywe miasto jest zawsze bardziej procesem niż strukturą. To miasto było tylko strukturą.

Na głównej ulicy, zwanej ponuro poznańską Wall Street, przy której banków jest więcej niż gróźb w monologach Trumpa, coś mnie zatrzymało. Banki były otwarte. Wszedłem do jednego z nich. Przy drzwiach strażnik pilnował, by klienci przemyli ręce płynem odkażającym i by nosili maseczki. A także, by do środka nie weszło ich więcej, niż przewidywały przepisy. On liczył ludzi, kasjerzy liczyli pieniądze. Wszystko się zgadzało.

A zarazem nic się nie zgadzało. Szkoły i gabinety lekarskie zamknięte – banki otwarte. Moje pierwsze zdziwienie szybko zaspokoiło się ponurym wnioskiem, że mamy wolny rynek, a nie wolny świat. Na tym rynku kapitalizm to eksterytorialny i ekstemporalny obrót gotówki, którego nie dotyczą przepisy czasów pandemii. Ale potem przyszła druga refleksja: zdziwiło mnie to, że w ogóle dziwiłem się otwartymi bankami. I nagle zrozumiałem, że zobaczyłem swój dotychczasowy sposób patrzenia na rzeczywistość. Zobaczyłem różnicę.

Dlatego symbolem pandemii powinny stać się oczy. Oczy ponad maską zakrywającą usta i nos. Oczy odkryte, otwarte, zdziwione. Oczy, które wreszcie mogą widzieć. Albo nawet: oczy, które nie mogą nie widzieć.

Epidemia przenicowała przecież nasz świat. Wywróciła rzeczywistość podszewką na wierzch. Przed pandemią praca i konsumpcja były dwoma podstawowymi wymiarami naszego życia. Za sprawą pandemii zobaczyliśmy, jak dalece można zredukować czas spędzany w miejscu pracy i w sklepach. Przybysz z obcej planety obserwujący Europę od stycznia do maja roku 2020 doszedłby do wniosku, że nasza praca i nasze zwyczaje zakupowe to kulturowe obsesje. Napisałby w raporcie do swojej cywilizacji: Europejczycy za sprawą wychowania i otoczenia cierpią na kompulsje, polegające na półproduktywnym przesiadywaniu w pracy i nabywaniu niekoniecznych przedmiotów; mądre władze zatroskane zdrowiem społeczeństwa wprowadziły zakaz wychodzenia z domów. Zakaz wyleczył ludzi z podwójnej kompulsji.

Pandemia udzieliła nam przecież lekcji życia. W czasie epidemii dziesiątki i setki razy przekonywaliśmy się, że większość rzeczy potrzebnych mamy, a to, czego nie mamy, jest w większości niepotrzebne. W czasie epidemii mogliśmy też zobaczyć naszych najbliższych – z bliska, oko w oko, twarzą w twarz. Widzieliśmy ich wcześniej milion razy. Teraz jednak okoliczności pozwoliły nam spojrzeć na nich nie jako na ludzki dodatek do pracy czy towarzyskie zwieńczenie tygodnia, lecz jako treść naszego życia. Proporcje się odwróciły: umiejętność bycia ze sobą okazała się ważniejsza i trudniejsza od pracy zarobkowej, pielęgnowanie przyjaźni zaczęliśmy postrzegać jako poszerzanie i wzmacnianie rodziny, nawiązywanie serdecznych relacji z sąsiadami nabrało charakteru wrastania w rzeczywistość.

Oczywiście, wszystko to odbywało się pod przymusem. A w ramach tego przymusu 300 tysięcy zarażonych zmarło, setki tysięcy straciły pracę lub oszczędności, miliony odcięło od opieki zdrowotnej. Zarazem właśnie ta różnica między dobrymi i złymi konsekwencjami epidemii pozwala zobaczyć, jak mógłby i jak powinien wyglądać nasz świat. Jest w tym okrutny paradoks: globalna choroba narzuciła warunki życia korzystniejsze od tych, które wytworzyliśmy sami. Choroba przekazała nam wirus zdrowia. Pokazała kierunek ocalenia. Uświadomiła, jak potężnej – podobnej do choroby i zupełnie od niej innej – siły trzeba, aby odzyskać życie. Siła ta powinna różnić się od pandemii, bo nie powinna uśmiercać. Ale musi być zarazem podobna do niej w natychmiastowości uruchomienia zmian. Czy dysponujemy taką siłą?

Samotnicy w kolaboracji z autorytaryzmem

Ivan Krastev w tekście Siedem wczesnych lekcji z koronawirusa wylicza całkiem precyzyjnie nieodległe konsekwencje pandemii. Przewiduje, że kryzys wzmocni legitymację dla silnego państwa; przywróci myślenie o bezpieczeństwie w kategorii kontroli państwowych granic; zatwierdzi „autorytaryzm big data”, polegający na wykorzystaniu cyfrowej inwigilacji i analizy danych do kontroli społecznej.

Nieco bardziej marudnie ujął rzecz Michel Houellebecq. W liście udostępnionym rozgłośni radiowej France Inter napisał: „Nawet przez pół sekundy nie wierzyłem w deklaracje, że [po koronawirusie] »nic nie będzie takie jak przedtem«”. Wymuszona przez pandemię praca zdalna przyspieszy procesy technologiczne, które doprowadzą do dalszego izolowania ludzi od siebie. Również w życiu codziennym epidemia dostarczy nam mocnego alibi, aby jeszcze bardziej oddalać się od innych. „Po zniesieniu ograniczeń nie obudzimy się w nowym świecie; będzie tak samo, tylko trochę gorzej”.

Co możemy przeciwstawić tym diagnozom? Nie przytulimy się przecież do człowieka, jeżeli podejrzewamy, że nosi wirusa. Nie zaprotestujemy przeciw łamaniu demokracji, jeśli uznamy, że demokracja jest zbyt słaba w obliczu przyszłych chorób masowych. Lęk prowadzi do rozpadu społeczeństwa i do agonii demokracji. Epidemia zamienia nas w samotników kolaborujących z autorytaryzmem.

Ale może właśnie w samotności i lęku tkwi jakieś rozwiązanie. Oto w czasie epidemii zdobyliśmy niezwykłe doświadczenie społeczne: przetestowaliśmy naszą zdolność do długotrwałej izolacji, do spędzania czasu w małych kręgach i do niesienia sobie nawzajem pomocy. Odkryliśmy drogę do większej samodzielności.

Doświadczenie to ma szerszy sens. Nasze wycofanie się ze sklepów i ulic, ograniczenie pobytu w pracy to potężna siła sprawcza. Nasza nieobecność to sposób oddziaływania. Do tej pory, gdy władze chciały posunąć się za daleko – w naruszaniu praw czy eksploatacji środowiska naturalnego – mogliśmy wyjść na ulice, aby zamanifestować sprzeciw. Teraz możemy nie wyjść. Możemy zostać w domach. Teraz już wiemy, że potrafimy to zrobić. Będąc osobno w domach, potrafimy być razem.

Nie ma powrotu do nienormalności

Moja nadzieja jest wątła. Opiera się na jednym przekonaniu: nie wrócimy do normalności.

Kiedy czytam w gazetach polskich, niemieckich, angielskich czy francuskich pytania o termin i warunki powrotu do normalności, odczuwam niepokój. Nie powinniśmy ani myśleć o powrocie, ani działać w imię powrotu. Nie da się wrócić do czasu „sprzed”, bo nikt nie wskrzesi kilkuset tysięcy zmarłych, nie odbuduje małych firm zrujnowanych przez pandemię, nie zwróci oszczędności utraconych w wyniku kwarantanny. Nawet jeśli uda się odtworzyć życie sprzed pandemii, będzie to już inne życie – podziurawione śmiercią, brakiem, pustką i niepewnością.

Ale powrót do normalności nie tylko jest niemożliwy. Jest również niepożądany. Czas przed pandemią nie był przecież normalnością. Był nienormalnością. Skąd wyłonił się wirus? Ze środka naszej normalności – z łańcucha żywieniowego, w którym człowiek stoi na szczycie, a cała reszta natury jest traktowana jako źródło akumulacji. W skład tej normalności wchodzi wycinanie lasów, niszczenie bioróżnorodności, zatruwanie atmosfery. Do normalności należą także wielkie farmy, w których na całym świecie rocznie zabija się około 70 miliardów zwierząt. Gdzie podziewają się produkty uboczne farm – kości zwierząt, megatony odchodów, amoniak parujący z hałd obornika?

„Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, głosi pamiętna, tysiąc razy powtarzana, do cna zbanalizowana maksyma Karola Marksa. Jeśli słowo „rozpływa się” rozumieliśmy jako „znika”, to żyliśmy w złudzeniu. Od dawna powinniśmy byli to rozumieć, ale być może dopiero pandemia podsunęła nam pod oczy korektę: „Wszystko, co stałe, rozpyla się w powietrzu”. Czyli zostaje z nami. Jest w atmosferze, w wodzie, w glebie. Maksyma Marksa powinna zatem brzmieć: „Wszystko, co rozpyla się w powietrzu, jest stałe”. Oto nasza normalność.

Właśnie z tej normalności wyłaniały się w ostatnich trzech dekadach kolejne pandemie: choroba szalonych krów w latach 90., epidemia ptasiej grypy w latach 2003-2006, epidemia SARS w latach 2002-2003, pandemia świńskiej grypy w latach 2009-2010, epidemia eboli w latach 2009-2010. Łącznie około miliona ofiar. Wszystkie te choroby miały charakter odzwierzęcy. Wszystkie przeniknęły do świata ludzkiego za sprawą postępującej dewastacji środowiska naturalnego. Analiza dwunastu zakaźnych chorób – w tym gorączki Zachodniego Nilu i boreliozy – wykazała, że ich masowość rośnie w miarę spadku bioróżnorodności. Ingerencja człowieka w przyrodę osłabia naturalne ekosystemy, a to ułatwia rozprzestrzenianie się patogenów. Pytanie dnia dzisiejszego nie brzmi zatem: „Czy?”, lecz: „Kiedy nadejdzie nowa epidemia?”. Utrzymywanie dotychczasowej „normalności” ułatwia odpowiedź. Brzmi ona: „Wkrótce”.

Dlatego wierzę, że nie wypiszemy na sztandarze: „Niech wróci normalność!”. Zdobyliśmy wiedzę i umiejętności, które powinny nam pomóc w stworzeniu nowej. Towarzyszy nam też nadzieja, potrzebna tym bardziej, im więcej przemawia przeciw niej.

Autor

Przemysław Czapliński © Dominik Żyłowski
Przemysław Czapliński – profesor zwyczajny; historyk literatury polskiej i europejskiej XX i XXI wieku, eseista, tłumacz, krytyk literacki; współtwórca Zakładu Antropologii Literatury (UAM, Poznań). W swoich badaniach zajmuje się m.in. literaturą i problemami późnej nowoczesności oraz Holokaustu, literaturą ustną, socjologią i antropologią literatury, estetyką i biokrytyką.