Dinçer Güçyeter „Unser Deutschlandmärchen“ /Nasza niemiecka baśń/
© Mikrotext Verlag, Berlin 2022
S. 16-19 und 21-22
Übersetzt von
Małgorzata Gralińska
Ziemia zimna jak lód/ Fatma
Na imię mi Fatma. Jestem córką Hanife i Osmana Beya. Miałam zaledwie dziesięć lat, kiedy zupełnie obcy ludzie wnieśli na dziedziniec jego zwłoki. Byłam ukochanym dzieckiem swojego ojca, a on, on był moim ochronnym murem. Co piątek przynosił pstrągi, każdy dostawał jednego, ja mogłam zjeść dwa… A potem umarł.
Zbierajcie się! krzyczy matka
zbierajcie się! Przenosimy się do miasta. Nie będę wychowywać was w bezdusznej łasce domu mojego ojca. Nikt nie ma prawa was poniżać. W mieście będziemy razem pracować i zarabiać na wspólny chleb. Matka, ja, moi bracia, Hasan i Mehmed Ali, ładujemy kołdry, poduszki, garnki na wózek ciągnięty przez wołu i o świcie wyruszamy do miasta.
Ziemia zimna jak lód, ziemia zimna jak lód, w drzwiach nie ma zamka. Izba napawa mnie strachem. Nie bójcie się mówi matka wyładujcie wszystko, rozwińcie kołdry. Gdy będziecie się tym zajmować, ja poszukam sobie jakiejś pracy. Wraca późnym wieczorem, pod pachą trzyma bochen chleba. Znalazłam pracę, zaraz w pobliżu, będę czyścić dywany oznajmia. A ty, Mehmedzie Ali, możesz zacząć u wuja, potrzeba mu ucznia w zakładzie krawieckim, pójdziesz ze mną wczesnym rankiem.
Ja i Hasan zostajemy w domu, matka i Mehmed Ali wychodzą. Ziemia zimna jak lód, ziemia zimna jak lód. Pod wieczór przed nasze drzwi zajeżdża dwukółka wyładowana słomianymi matami. Rozłóżcie je, nie będzie nam wtedy tak zimno mówi matka, tym razem trzymając pod pachami dwa bochenki chleba, a do tego pastę sezamową. Dom zamienia się w świąteczną salę. Wchodzi Mehmed Ali, jego policzki płoną ognistą czerwienią, płacze, przyciął zbyt krótko materiał i został spoliczkowany przez wuja. Matka burczy dlaczego taki jesteś, Mehmedzie Ali, ach, Mehmedzie Ali dlaczego jesteś taki. Niech święty Allah połamie mu ręce! Nie wiem, jak mogło się to stać płacze Mehmed Ali. Matka zna swego syna, milczy. Jako mały chłopiec wetknął sobie do ucha ziarnko grochu. Ojciec zabrał go do lekarza w mieście, lekarz wyjął ziarnko, ale przy okazji rozerwał ucho. Odtąd brat miał problemy ze słuchem. Ojciec aż do śmierci nie chciał przyjąć do wiadomości, że jego syn ogłuchł. Gdy brat nie rozumiał ojcowskich rozkazów, dostawał w skórę. Z każdym uderzeniem Mehmed Ali stawał się coraz bardziej zmieszany, strachliwy, zapominał wszystko, o czym się do niego mówiło, a wtedy znów spadały na niego kolejne razy. Od tamtej pory Mehmed Ali nie był szczególnie szybki w myśleniu.
Wieczorami matka przynosi robotę do domu, stare kilimy, trzeba skrócić albo całkiem obciąć frędzle.
Zostaniesz w domu i się tym zajmiesz, nie mogę wziąć ze sobą do pracy młodej dziewczyny, tam aż roi się od obleśnych wilków. Nawet słomiane maty nie pomagają, ziemia zimna jak lód, ziemia zimna jak lód.
Zima wiesza sople lodu na rynnach. Pewnego ranka budzą nas jęki Hasana. Zwinął się na lodowatej ziemi w rozedrgany kłębek. Nie ma czucia w prawej stopie, nie może stać, mama bierze go na plecy i pędzi do lekarza.
W Ankarze stwierdza lekarz
można mu pomóc tylko w Ankarze. Mama biegnie do szefa w pralni.
Daj mi niewielką zaliczkę, będę pracować dzień i noc, wszystko spłacę, chłopak musi jechać do Ankary, nie czuje nóg, nie czuje nóg…
Przez kierowcę autobusu przekazuje wiadomość do wioski, do mojego młodszego wuja, ma natychmiast przyjechać. Wuj przyjeżdża. Mama wciska mu pieniądze do ręki, a potem wysyła syna i brata do Ankary. Czekanie to piekło, czekanie to piekło. Pewnego wieczoru obaj stają na progu. To z powodu zimna orzekł lekarz. Wstrzyknął tyle środków znieczulających, że tylko pogorszył sytuację, chłopak kuleje jak nowo narodzone cielę albo – według określenia mamy – jak kaleki osioł. Ziemia zimna jak lód, ziemia zimna jak lód. Czas jest niczym klepisko, nad którym kłosy rozwiewają się niesfornie, unoszą z ziemi ku niebu, opadają z nieba na ziemię.
Łaskawy panie, mój syn Mehmed Ali jest trochę opóźniony, a do tego głuchy, czy nie mógłby u mnie zostać, mama błaga członka komisji wojskowej.
Nóg ani uszu nie potrzebuje, na pewno potrafi obierać cebulę czy myć toalety, państwu przyda się nawet kaleka mruczy urzędnik. Mehmed Ali musi iść do wojska.
Po kilku miesiącach, w samym środku wiosny, kierowca autobusu przywozi wiadomość z wioski. Znalazł się adorator dla Fatmy, z Niemiec, przyjedzie za parę dni. Matka pomstuje i prycha,
nie, moją córkę może dostać byle pasterz, ale nie jakiś obcy. Już nazajutrz zalotnik zjawia się z młodszym wujem na progu naszego mieszkania, ma wielką głowę i rower. Policzki płoną mi niczym węgle w piecu, nie potrafię nikomu spojrzeć w twarz.
Przyjechałem tu, by zabrać Fatmę do Niemiec, chcę pojąć ją za żonę mówi mężczyzna z wielką głową i rowerem.
Nie odpowiada mama,
nie! Wuj ze wsi wchodzi jej w słowo
Nie bądź taka w gorącej wodzie kąpana, obaj twoi synowie są kalekami, daj mu Fatmę, niech jedzie do Niemiec. Gdy się tam zaczepi, również i chłopcy zyskają szansę wyrwania się z biedy, gdy nie masz chleba, ojczyzna to nie klatka ze złota, pozwól Fatmie jechać, wyratuj dzieci z tej nędzy. Mama wyciera łzy rąbkiem chusty i potakuje głową. Dzieje się tak, jak mówi wuj. Ziemia zimna jak lód, ziemia zimna jak lód…
Na szyi mam złote talary, talię przewiązaną czerwoną szarfą, symbolem dziewictwa. Wsiadam na konia i opuszczam dom rodzinny, jako panna młoda podążam za mężem z wielką głową do Niemiec.
Obczyzna, szepczę, obczyzna, która od trzech pokoleń rozwiewa nas w tę i we w tę, unosi z ziemi ku niebu, zrzuca z nieba na ziemię. Jest 1965 rok, początek mojego nowego życia w kraju, gdzie pieniądze rosną na drzewach. Bo ja wiem, tak nam mówiono.
Drżenie torów/ Fatma
Stoję na peronie. Niezrozumiałe głosy wspinają się do moich uszu, stawiają w nich rusztowanie. Pomiędzy drżącymi kolanami drewniana walizka, a w niej światy, światy… Świat jest jednak mały. Yılmaz prowadzi mnie do starego domu, niebo i ziemia pachną węglem. Cały czas drżę, moje serce przypomina gołębie gniazdo, które znalazło się w niebezpieczeństwie. Do domu wchodzą nieznajomi mężczyźni, nazywają mnie siostrą, nieznajomi, zaniedbani mężczyźni ze zgaszonymi oczami. Nie ma ani kuchenki, ani imbryka, nie mogę niczym poczęstować gości.
Nasze żony też niedługo się tutaj zjawią mówią mężczyźni, na krótki moment ich oczy zamieniają się w kinowy ekran. Późnym wieczorem wychodzą, idą do domu dla robotników. Noc dłuży się w nieskończoność, kim jest mężczyzna obok mnie, czy to mój mąż? Zachowuje się bardzo uprzejmie, uśmiecha się bez powodu, to trochę denerwujące. Wziął sobie na jutro wolne. Wybieramy się razem po sprawunki. Kupujemy kilka rzeczy do pustego domu.
Koniecznie musimy mieć czajnik do parzenia herbaty mówię zawstydzona. Ulice są takie czyste, można by jeść z ziemi. Sąsiedzi wystawili komodę i marmurowy stół, Yılmaz pyta, czy możemy je wziąć,
ależ oczywiście, odpowiada starsza pani, ma na sobie fartuch w kwiatki, daje mi w prezencie wazon i trzy róże, sąsiedzi to mili ludzie. Czegoś jednak brakuje. Coś zaciska się we mnie w coraz ciaśniejszy węzeł. Nie znajdujemy imbryka do herbaty, ani bakłażana, ani cukinii. W sklepach Yılmaz próbuje mówić po niemiecku. Wprawdzie nie rozumiem języka, ale słyszę, że i jemu nie idzie to gładko. Gdacze, jakby przeżuwał w ustach kamyki. Śmieję się, śmieję się coraz głośniej, moje policzki płoną jak węgle w piecu. Nie chcę się śmiać, ale się śmieję, nie umiem się opanować, to silniejsze ode mnie, śmieję się…