Bettina Wilpert „Herumtreiberinnen“ /Latawice/
© Verbrecher Verlag, Berlin 2022
S. 6 und 9-13
Übersetzt von Agata Teperek
Cały czas uciekamy. Jesteśmy szumowinami, marginesem, najgorszymi z najgorszych. Mówią o nas puszczalskie albo latawice, bumelantki, asocjalne. Nad drzwiami Lerchenburga święty Jerzy w ferworze walki skacze na koniu. Uniesionym mieczem celuje w smoka. To tutaj nas zewsząd zwożą, twierdzą, że jesteśmy głupie i nienormalne, rozwiązłe. Mają nas pod opieką i pod kluczem.
Część 1
1
Nad jej łóżkiem wisiało zdjęcie Eriki i Klausa Mannów: Klaus palił, trzymał papierosa wargami, też tak często próbowałam, kiedy miałam KARO, ale dawałam radę co najwyżej przez sekundę. Podobały mi się białe koszule i krawaty rodzeństwa. Erika przytrzymywała papierosa w dłoni i patrzyła na Klausa, może z podziwem, może z miłością. Fotografia nie była ostra. Klaus jakby zezował – lewym okiem zerkał na Erikę, prawym patrzył w obiektyw. Równie dobrze mogliby być kochankami, nie rodzeństwem, twierdziła Maxie, a ja się z nią zgadzałam.
Próbowałyśmy wymyślić jak najwięcej słów zaczynających się na literę „S” w ciągu minuty, leżałyśmy przy tym rozwalone w poprzek łóżka. Maxie mówiła, że leżymy na wspak, ale kiedy pierwszy raz tak to nazwała, usłyszałam, że lecimy jak szpak, na co się zdziwiłam, bo jeszcze jej zbytnio nie znałam. Ale właśnie dlatego chciałam ją poznać, nie była taką nudziarą jak reszta dziewczyn z mojej klasy.
Maxie podobała się postawa rodzeństwa Mannów, antyfaszystów z krwi i kości. W zasadzie znała ich tylko poprzez Annemarie Schwarzenbach, która wprawdzie kochała się na zabój w Erice, ale jej uczucie nie było odwzajemnione. Maxie też bardzo chciała zakochać się kiedyś na zabój.
Nic nie czytała Thomasa Manna, chociaż ojciec nieraz kładł jej na stoliku przy łóżku Czarodziejską górę. Po trzech stronach odkładała ją i zaczytywała się dalej Mefistem.
Też nie czytałam nic Thomasa Manna, nie wspominając już o Erice i Klausie – o nich dotąd nawet nie słyszałam. O Thomasie i owszem, to było nieuniknione, inni czytali w szkole Śmierć w Wenecji albo Maria i czarodzieja.
Spytałam, czy nie jest to smutne według niej, że miłość nie zostaje odwzajemniona. Już wolałabym chyba nigdy się nie zakochać niż zakochać się bez wzajemności. Maxie wsparła się na łokciach, pochyliła nade mną i zdecydowanie zbyt głośno i dziecinnie zawołała, że chce doświadczyć wszystkiego, także bólu, a mało co jest równie bolesne jak życie, powtarzała jej matka, która musiała wiedzieć, co mówi, w końcu zmarła zdecydowanie przedwcześnie. Tego argumentu nie mogłam nijak zbić.
Maxie opadła z powrotem na łóżko, przekręciła się na plecy, wyprostowała prawą nogę i paluchem dotknęła ust Eriki. Powiedziała, że rozumie Annemarie, Erika nie była może żadną pięknością, ale roztaczała wokół siebie aurę. Sama też chętnie ścięłaby włosy tak krótko, gdyby tylko nie brakowało jej odwagi; w ogóle chciała być jak Erika, która z bratem – ubrani jak to bliźniaki – zjechali świat, podróżując po Stanach, Japonii, Chinach i ZSRR. Chciałabym kiedyś przejechać się diabelskim młynem na Coney Island, wyznała, zadzierając mi koszulkę, potem przycisnęła usta do mojego brzucha i dmuchnęła.
Zaśmiałam się, łaskotało, a do tego ten odgłos.
Musisz się zdecydować: podróżniczka czy kosmonautka. Nie da się tego ze sobą pogodzić, zauważyłam.
Ale przecież to jedno i to samo, zawołała.
W szkole całymi miesiącami nie rzuciła mi się w oczy, jakby mój mózg nakładał filtr sprawiający, że Maxie stawała się niewidzialna, nawet kiedy na nią patrzyłam. To jedno i to samo, zawołała ponownie i zaczęła mnie łaskotać. Zachichotałam. Jej dłonie na mojej szyi, ramionach, brzuchu, pod kolanami, pod pupą; uniosłam biodra jak na gimnastyce korekcyjnej podczas ćwiczeń na proste plecy, wiłam się pod jej palcami, ledwie mogłam złapać dech, spróbowałam coś powiedzieć, ale z ust wydostało się tylko powietrze, a Maxie, zanosząc się śmiechem, obróciła się na brzuch, co dało mi chwilę oddechu, mogłam więc wystękać: Przestań. Przestań proszę. Maxie zabrała palce.
Od początku roku szkolnego chodziłyśmy razem do jedenastej klasy ogólniaka, ale jeszcze kilka tygodni wcześniej ze sobą nie rozmawiałyśmy, w ogóle nie wiedziałam, że Maxie istnieje. Raz nawet pokłóciłam się o to z bratem, chciał wiedzieć, czy Maxie chodzi ze mną do klasy, a ja pokręciłam głową, spytałam: Jaka Maxie? No ta, Maxie Berger, pokręciłam głową, ta, co mieszka na Arno-Nitzsche-Straße, wydarł się Jens poirytowany, pokręciłam głową, no ta, której matka nie żyje, zawołał, pokręciłam głową. Zrezygnowany wyszedł z mojego pokoju, i dopiero, gdy zatrzasnął za sobą drzwi, dotarło do mnie: Ach tak, Maxie z ostatniej ławki po lewej.
Maxie i ja poznałyśmy się naprawdę dobrze, gdy przypadkiem wpadłyśmy na siebie pewnego letniego przedpołudnia. Rano obudziłam się niespokojna, jeszcze w półśnie podjęłam decyzję, żeby iść na wagary. Wstałam z łóżka, rodzice już dawno byli w pracy, Jens wciąż spał, a ja wyszłam bez śniadania, na klatce zapaliłam papierosa, nie skręciłam jak zwykle w prawo do szkoły, tylko w lewo do lasu. Nie minęła jeszcze ósma, a już było zdecydowanie za gorąco, „Leipziger Volkszeitung” pisał, że to lato stulecia.
Bałam się, że zauważą mnie sąsiedzi – pani Jürgens albo pan Mitschke, którzy byli na emeryturze – i zaczają się na moją matkę w korytarzu, gdy ta będzie wracać po południu ze swojej zmiany.
Ale nawet jeśli sąsiedzi podkablują na mnie matce, co ona może? Grzecznie obiecam, że więcej nie pójdę na wagary i przez chwilę nawet sama będę w to wierzyć. Przy trzydziestu pięciu stopniach nie byłam jednak w stanie usiedzieć w klasie, słuchając wywodów pani Pechtel o cząsteczkach wody. Poza tym we wtorki mieliśmy wf, a mnie raptem udawało się zrobić dwie i pół pompki. Za karę, że nie dobijam do dziesięciu, musiałam nadrabiać różnicę, biegając rundki wokół boiska – nie byłam może silna, ale za to wytrzymała.
Nie wiedziałam, dokąd zmierzam. Raz spotkałam nastolatki w swoim wieku siedzące na ulicy w centrum, a w zeszłą środę pod wieczór zaobserwowałam w parku Clary Zetkin dużą grupę, która zdawała się kogoś uważnie słuchać. Centrum to jednak zbyt niebezpieczny rewir, nie chciałam, żeby policja zgarnęła mnie za wagarowanie. Zostawał mi więc Auwald, niemal dżungla, w każdym razie ja tak sobie wyobrażałam dżunglę, chociaż, rzecz jasna, rosły tu tylko drzewa środkowoeuropejskie, z przewagą liściastych – dębów, jesionów i wiązów. Nigdy nie byłam w lesie, w którym drzewa byłyby tak wysokie i rosły tak gęsto, ich gałęzie pochylały się daleko nad rzeką, niemal dotykały przeciwległego brzegu Pleiße.
Nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam. Nie może to być w zasadzie prawda. Jak okiem sięgnąć, nie było żadnej przesieki, żadnych powalonych drzew, tylko rozjechane krzaki i zarośnięta droga – widoczna dopiero na drugi rzut oka. Pośrodku polany stała łada niva, taka, jaką chciałby mieć ojciec – ciemnozielona, pod kolor jesionów, z chromowanym zderzakiem, który niczym gzyms przed samochodem, aż się prosił, żeby na nim usiąść; w koło leżały pomarańczowe odłamki reflektorów, może ktoś je wyrzucił lub doszło do wypadku.
Moje wspomnienie przypomina tunel. Prawa i lewa strona rozmywa się, spojrzenie pada na ładę, może po prawej odchodziła jakaś droga, którą ten samochód wjechał tu powoli po zaroślach i żwirze, tylko moja pamięć wymazała tę ścieżkę. Ale co, jeśli naprawdę nie było tam żadnej drogi i dobrze to zapamiętałam?
Maxie, której nie rozpoznałam od razu, stała na dachu łady, rozłupując butem orzechy, przez co na samochodzie powstawały niewielkie wgniecenia. Dobrze, że jesteś, oświadczyła, jakby na mnie czekała. A może po prostu się cieszyła, że ktoś dotrzyma jej towarzystwa przy łupaniu.
Wspinając się na ładę, wyszłam na łamagę, zahaczyłam nogą o lusterko i straciłam na chwilę równowagę. W lesie panowała cisza. Hałasy z ulicy, które nie opuszczały mnie przez całą drogę na polanę, umilkły, sporadycznie słychać było tylko ptaki, Maxie oznajmiła:` to kos.