„Buddenbrookowie“
Sprawy rodzinne
13 sierpnia 1900 r. Thomas Mann udał się na pocztę z grubą paczką zaadresowaną do berlińskiego wydawnictwa S. Fischer i opłacił dodatkowe ubezpieczenie, szacując wartość przesyłki na tysiąc marek. „Urzędnik w okienku uśmiechnął się”'. Paczka zawierała rękopis - jedyny egzemplarz! - Buddenbrooków, pierwszej powieści Manna.
Małgorzata Łukasiewicz
Buddenbrookowie - nazwisko w liczbie mnogiej tchnie wręcz dynastyczną powagą. Sugeruje niekończące się następstwo pokoleń, stabilne trwanie, podtrzymywane przez starannie dobierane koligacje, prywatne rytuały, prawo spadkowe. Rodzina, aby stać się zbiorowym bohaterem opowieści, musi trwać co najmniej parę pokoleń, musi się rozrosnąć i rozmnożyć, wydać ileś zindywidualizowanych osobowości. Kolejne pokolenia muszą stawiać czoło - albo ulegać - zmiennym wyzwaniom i pokusom, których coraz więcej dostarcza nowoczesny, szybko i burzliwie zmieniający się świat. Podtytuł! dopowiada złowieszczo: Dzieje upadku rodziny. Już w pierwszych zdaniach powieści pojawiają się rodzice, małżonkowie i dzieci, piętrzą się kondygnacje pokoleń, rozgałęziają się szpalery pokrewieństw i powinowactw. Co drugi czwartek cala rodzina - wszyscy krewni zamieszkali w mieście - zbiera się przy wspólnym obiedzie. Niekiedy, przy specjalnych okazjach, dochodzą też starzy przyjaciele domu. Taka okazja właśnie się zdarzyła - Buddenbrookowie przyjmują gości w nowej siedzibie przy Mengstrasse. Pierwsza cześć powieści, opisująca jedno popołudnie z życia Buddenbrooków, prezentuje rodzinę dobrze się mającą, mocno osadzoną w lokalnej społeczności, z tradycjami i jak najpomyślniejszymi widokami na przyszłość. Zaraz dowiemy się też, kto nie bywa na tych rodzinnych spotkaniach – otóż syn starego Buddenbrooka z pierwszego małżeństwa, skłócony z ojcem, odkąd wbrew jego woli poślubił „sklepik”, czyli pannę z rodziny stojącej nierównie niżej od Buddenbrooków. I zaraz, jak w dobrej uwerturze, padnie wzmianka o rodzinie Ratenkampów, której kiedyś tak świetnie się powodziło, a ostatnio tak żałośnie podupadła.
W rodzinie w kolejnych pokoleniach można dostrzec wyraźne wspólne cechy fizyczne, podobne nosy, wykrój oczu, a zwłaszcza ręce - białe, szerokie, nieco przykrótkie, ale kształtne. Konsul ma „trochę zbyt głęboko osadzone, niebieskie, uważne oczy swego ojca, jakkolwiek wyraz ich byt może bardziej marzycielski” (9)*. W następnej generacji Chrystian zewnętrznie jest „wprost śmiesznie podobny do ojca” (14), Tomasz - do dziadka. Podobieństwa przenoszą się nie tylko za sprawą genów, mają w tym swój udział także więzi współobcowania - na przykład rysy Netty Buddenbrook „z biegiem lat w dziwny sposób upodobniły się do rysów męża” (8).
Buddenbrookowie to nie tylko rodzina - to także firma. Mieszczańską dynastie spajają podwójne więzy krwi i wspólnych interesów. Przedsiębiorstwo handlu zbożem założył w 1768 r. Jan, ojciec „starego Buddenbrooka”, dziadek konsula Jeana, pradziadek senator: Tomasza i prapradziadek Hanna. W toku powieści będzie się świętowało stulecie istnienia firmy. Po założycielu pozostała przestroga, skierowana do syna i powtarzana następnym pokoleniom: „Synu móy, pilnuy za dnia twoich interesów, bacz atoli, byś się takich nie imał, które by ci nocą sen mąciły” (49). To, co służy konsolidacji rodziny, umacnia też firmę. To, co nadwątla rodzinę, zaraz odbija się fatalnie na prestiżu firmy. Śmierć oznacza stratę bliskiego człowieka: i konieczność wypełnienia postanowień testamentu, a więc rozdrobnienie kapitału. Posagi wnoszone i wypłacane powinny się mniej więcej równoważyć, śluby, chrzciny, przyjmowanie nowego wspólnika i zawieranie długoterminowych kontraktów, urodziny i firmowe jubileusze - te wydarzenia z różnych porządków są dla rodzinnej firmy jednakowo ważne i obchodzone z podobnym ceremoniałem. Błogosławieństwo Boże potrzebne jest do pomyślności osobistej i powodzenia w handlowych poczynanych.
Po lewej: Dom Buddenbrooków w Lubece. Po prawej: Widok na Marktplatz z kościołem Mariackim. | © ETH-Bibliothek Zürich, Thomas-Mann-Archiv / links: Fotograf: Unbekannt / TMA_4305; rechts: Fotograf: Johannes Oskar Schunke / TMA_1607
Rodzina tworzy zwartą strukturę, ale otwiera też pole możliwych wariantów, działania sił odśrodkowych, zakłóceń. Oprócz mile widzianych rodzinnych znamion, u potomka mogą odezwać się niepokojące zadatki. Rodzina podsuwa wzory do naśladowania, ale dzieci tych samych rodziców wykazują niekiedy całkiem różne skłonności i podążają odmiennymi drogami. Akcja powieści rozpoczyna się W 1835 roku, kończy się w 1877. Do głównego wątku dziejów rodziny większą lub mniejszą siłą wnikają wydarzenia historii powszechnej. Na obiedzie u Buddenbrooków przypomina się anegdotki z czasów napoleońskich, a o autorze Fausta mówi się jeszcze „nieboszczyk Goethe” (26) - zmarł przecież całkiem niedawno, ledwie trzy lata wcześniej. Epizod rewolucji 1848 roku rozgrywa się bezpośrednio na powieściowej scenie i konsul Buddenbrook własną osobą angażuje się w uśmierzanie zamieszek. W czasie wojny 1866 roku Lubeka jest po stronie Prus, ale bankructwo pewne ej firmy z Frankfurtu, który trzyma Austrią, naraziło dom handlowy Buddenbrooków na poważne straty. Hanno w szkole ma za kolegów „dziarskie i trochę nieokrzesane chłopaki" z pokolenia, które wzrastało w „wojennej atmosferze zwycięskiej i odmłodzonej ojczyzny” (607).
Stary Buddenbrook. który na własne oczy oglądał Napoleona, nigdy nie włożył „długich spodni” (8) - do końca życia hołduje modzie z czasów swojej młodości, pudruje włosy, nie lubi Prusaków, nie toleruje zabobonów, niechętnie odnosi się do wszelkich nowinek i wielbi ogrody w stylu francuskim, z dobrze utrzymanymi trawnikami i drzewami „pięknie przystrzyżonymi na kształt kul i stożków”. Inaczej jego syn konsul, który kocha „wolną naturę", a leząc w trawie między krzewami, zaznaje błogiego uczucia, że sam należy do natury (27).
Świece ustępują miejsca lampom gazowym, a te z kolei oświetleniu elektrycznemu. Zmienia się moda, gusty, poglądy na edukację młodzieży i sposoby prowadzenia interesów. Tradycja, zakorzenienie w przeszłości, to, co przedtem i tak długo zapewniało rodzinie i firmie pozycję i szacowność, stopniowo traci na znaczeniu. Tradycja jest potrzebna, ale nie wystarcza. Aby rodzinna firma mogła nie tylko trwać, ale mieć się dobrze i coraz lepiej, nie wystarczy trzymać się tradycji. A niekiedy nawet trzeba się jej przeciwstawić, bo tradycja może stać się nieznośnym brzemieniem i hamować w marszu ku przyszłości. Zasoby i zasady nie uchronią rodziny - ani firmy - przed wstrząsami.
Na początku powieści z duma oprowadzano gości po nowej siedzibie rodzinnej - był to dom sprzed półtora stulecia, zbudowany w 1682 roku, i właśnie ta dawność stanowiła jego walor i należycie podkreślała prestiż zamieszkującej go rodziny. Tomasz Buddenbrook, aby zaakcentować dobry stan interesów i świeży awans na senatora, w 1863 roku buduje sobie nowy dom, według wymogów nowej mody, już bez spiczastego szczytu, z płaskim dachem i kariatydami podtrzymującymi wykusz.
Historia rodziny stwarza dla narracyjnej wyobraźni siatkę, na której można dogodnie rozlokować rozmaitość losów, indywidualnych typów, wypadków dziejowych. Porusza się w obszarze z góry ograniczonym, zamkniętym, ale w tych wąskich ı granicach dopuszcza do powstania niezliczonych kombinacji. Mann urozmaica te historie nieustannymi zmianami tempa i rejestrów. Czasem długie ciągi zdarzeń streszcza w paru zdaniach, a znów incydentom poświęca drobiazgową uwagę. Bywa, że przewrotnie figlarnym tonem pisze o sprawach doniosłych, a z całą powagą o błahostkach. Niektóre wypadki rozgrywają się na naszych oczach, o innych dowiadujemy się z listów wymienianych przez powieściowe postaci, z rodzinnych papierów, ze wzmianki w rozmowie. Suche, kronikarskie informacje przeplatają się ze scenami o starannie potęgowanym napięciu, rozbudowanymi, umocowanymi na tysięcznych szczegółach, podbitymi nastrojem. Śmierć starej pani Buddenbrookowej jest zaledwie odnotowana jako fakt, konsulowa Betsy umiera przez wiele strasznych stron. Niekiedy jakieś wątki i osoby nikną nam z oczu, aby potem znowu wynurzyć się na powierzchnię. Narracja przyspiesza i spowalnia. Thomas Mann, który dotychczas pisywał nowele, w Buddenbrookach znalazł dla swego pisarstwa inną formę, rozlewną‚ gotową bardzo wiele pomieścić - odkrył czas jako medium ujawniania się niestałej rzeczywistości. W czasie widać, jak sprzeczności tracą ostre kanty, a to, co początkowo wydawało się spójne i zwarte, rozszczepia się na wrogie bieguny. Widać, bo kolejne fazy odsłaniają się stopniowo, z biegiem czasu, ale tenże sam bieg czasu zarazem przesłania to, co w rzeczywistości jest wewnętrznie sprzeczne, niemożliwie wieloznaczne, paradoksalne, nie do pogodzenia i nie do ogarnięcia. Upływ czasu, niezależnie od tego, czy sprzymierza się z wyrokami nierychliwego przeznaczenia, z prawami natury, czy z niefrasobliwą grą przypadków, narzuca dziejącej się rzeczywistości woal epickiej opowieści.
W ostatnich dekadach XIX wieku powieść rodzinna kwitnie, najwyraźniej w tej właśnie formie kultura mieszczańska lubi opowiadać o samej sobie. Modelowym okazem tej odmiany był cykl Zoli o Rougon-Macquartach, wraz z całym programem naturalizmu. W eseju o Lubece z 1926 r., gdzie mowa o źródłach Buddenbrooków, Mann odżegnywał się od związków z Zolą, pewne znaczenie przypisywał Renée Maupérin Goncourtów - „artystycznie o wiele doskonalszych" – i eksponował wpływ powieści Alexandra Kiellanda i Jonasa Lie. Ale przed oczami, w kręgu własnych najważniejszych inspiracji miał inny obraz historii rodu - tetralogie Wagnera, z wielkim finałem Zmierzchu bogów.
Badacze wnikliwie roztrząsali i dyskutowali wskazywane, a także negowane przez autora inspiracje. W 1995 r. Michael Maar odsłonił jeszcze jeden kontynent na tej mapie: na podstawie szczegółowych analiz wykazał mianowicie, że źródłem, z którego Mann przeobficie czerpał na potrzeby własnej twórczości, także przy pisaniu Buddenbrooków, są Baśnie Andersena.
* Thomas Mann, Buddenbrookowie, przeł. E. Liberowiczowa, Warszawa 2005. Cyfry w nawiasach oznaczają numery stron w tym wydaniu.